„Szum stepu i pustyni”

      Moi mili wydarzyły się w ostatnim czasie rzeczy przeze mnie zupełnie nieoczekiwane – najdelikatniej ujmując. W odpowiedzi na sygnały od wielu osób, a przede wszystkim wydawnictwa LOKO Logistics, postanowiłem stworzyć coś, co ostatecznie podsumuje moją azjatycką podróż. Postanowiłem napisać książkę!

      „Szum stepu i pustyni” zawiera pełen opis tego, co spotkało mnie w Chinach i Mongolii. Składają się nań:

    • Rozdział pierwszy pt. „Chiny” – 80 stron nigdzie dotąd niepublikowanego tekstu i zdjęć z chińskiej części wyprawy.

    • Rozdział drugi pt. „Mongolia” – ponad 100 stron dopracowanego tekstu i wielu nowych zdjęć z mongolskiej części wyprawy (niepublikowanych na blogu).

   To również opis przedziwnych perypetii związanych z przekraczaniem granicy chińsko-mongolskiej, czy zatrzymaniem przez straż graniczną. Całe 200 stron „mnie” w dużym formacie leży poniżej. Wszystkich ludzi dobrej woli zapraszam na otwarty step!

 www.lokologistics.pl

http://www.facebook.com/lokologistics

ks 3

Tytuł: Szum stepu i pustyni,
Autor: Seweryn Błasiak,

Wydawca: Loko Logistics,
Numer ISBN: 978-83-940492-0-1,
Format: 24 x 30 cm,
Liczba stron: 200,
Liczba zdjęć: 291,
Oprawa: twarda

Reklamy

Koleje Mongolii

Każdemu z Was na pewno zdarzyło się w życiu podróżować pociągiem. To środek transportu, wsiadamy, jedziemy i wysiadamy, przemieszczamy się z punktu A do punktu B i załatwiamy swoje sprawy. Czasem tych punktów jest więcej, podróżujemy koleją, poznajemy ludzi. Wagon jest naszym domem, miarowy stukot nadaje wszystkiemu swój rytm. Obserwujemy to co za oknem i bywa, że się tym zachwycamy. Zawsze jednak prędzej czy później opuszczamy pociąg i zapominamy o nim, już nas przewiózł i skupiamy się na „punktach”. A czy kiedykolwiek przeszło Wam przez myśl, że pociąg może być celem? Że można być po drugiej stronie okna i czekać, aż zobaczy się go w wizjerze swojego aparatu? Czy wyobrażacie sobie, że ta nietypowa pasja może być sposobem na poznanie siebie? I że potrafi być na tyle silna, by pchnąć człowieka w 30 dniową samotną podróż po dzikim stepie  i pustyni, z przenośnym domem na aluminiowym wózku?

      Niniejszy blog powstał z myślą o przedstawieniu Wam w sposób prosty i lekkostrawny tego, co spotkało mnie na mongolskiej ziemi w czasie całej mojej samotnej podróży po tym kraju. Nie była to próba opisania każdej minuty i sceny, których byłem świadkiem, choć chronologia jest zachowana. Zawiłości ekonomiczno-politycznych też tu nie znajdziecie. Szczęśliwie nie było i nie ma na nie miejsca w mojej głowie. Wciąż jednak mowa o tym, czego tu brak. Teraz kolej na to, co stanie się także Waszym udziałem.

„Daję sobie rękę uciąć, że nie zobaczy pan tu deszczu”

Gobi

       Takie właśnie słowa usłyszałem od spotkanego w pociągu Mongoła, który mówił trochę po angielsku i akurat jechał z Zamyn Uud do swojego domu w Sainshand. Ja rankiem poprzedniego dnia przekroczyłem granicę chińsko-mongolską, a dziś znalazłem się w tym samym składzie.

– A Pan dokąd się wybiera?

– Jadę do Sumangiin Zoo.

– Gdzie?

– Sumangiin Zoo.

      Nie wiedziałem, czy dobrze wymawiam nazwę tej wioski.

– Może mi Pan pokazać swój bilet?

      Wręczyłem mojemu rozmówcy świstek z mongolskim drukiem, ale on wciąż wydawał się być zaskoczonym. Pociąg był pełen ludzi i wszelakiej maści tobołów. Eba, bo tak miał na imię wstał i zapytał o coś głośno naszych sąsiadów. Z całego pytania zrozumiałem tylko nazwę mojej wioski. Po chwili wokół nas zgromadziła się garstka osób. Wszyscy brali do ręki mój bilet, niektórzy kiwali twierdząco głową, ale na każdej twarzy malowało się zdziwienie – po co ty tam u licha jedziesz? Zanim wsiadłem do pociągu musiałem przedstawić mój bilet prowodnicy mojego wagonu, zrobiła wtedy dziwną minę i sens tej sytuacji zacząłem rozumieć dopiero teraz.

      Przyszedł w końcu czas, w którym musiałem się zbierać, zbliżaliśmy się do mojej stacji. Cały wagon wiedział już wtedy, kim jestem i gdzie wysiadam. Czułem na sobie wzrok wszystkich tych ludzi kiedy przeciskałem się do wyjścia z moim wózeczkiem i ciężkim plecakiem. Ponad 20 wagonowy kolos zatrzymał się w końcu a pani prowodnica otworzyła drzwi wagonu. Dla mnie, i nikogo więcej. Z trudem wygramoliłem się z pociągu i pierwsze, co przyszło mi do głowy to pytanie – Dlaczego ten pociąg się tu w ogóle zatrzymuje? Tu nic nie ma. Nic! Jak się później okazało za niewielkim wzgórzem stały obok siebie 4 rudery, w których chyba ktoś mieszkał. Kto i po co, nie wiem. Mój pociąg ruszył. Obok mnie przejechało jeszcze wiele wagonów, z których spora grupa ludzi żegnała mnie zaskoczonym wzrokiem. A gdy tylko minął mnie ostatni, silny i chłodny wiatr uderzył w moją twarz. Godzina była już późna, a niebo rysowało się buro i jakby groźnie. „Coś wisi w powietrzu” Ale przecież Eba mówił, że… Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy stukot kół gaśnie, a ja zostaję w sytuacji bez wyjścia.

6405d-e1382629679152

Nie bój się i idź 

      „Tak Sewerynku, chciałeś to teraz masz” odzywa się ten jegomość ze środka. Ano mam. A raczej nie mam, zasięgu w telefonie, już od dobrych kilku godzin. Telefon na Gobi jest tylko zegarkiem, pamiętajcie. Jest godzina 20, Słońce zaraz zajdzie. Teoretycznie, w praktyce schowało się już dawno za chmurami, których Eba chyba nie widział zapewniając mnie, że „niepogoda” mi nie grozi. Czuję się strachliwie, dookoła sucha przestrzeń, wieje porywisty wiatr, który na słupach teletechnicznych biegnących wzdłuż toru wygrywa przerażającą melodię. Ruszam w kierunku północnym, muszę odejść jak najdalej od „stacji” i rozbić namiot, jutro do przejścia sporo kilometrów. Odwracam się i patrzę, jak jakaś postać z odległego budyneczku kolejowego śledzi mnie wzrokiem. Ktoś tu jednak jest! To chyba dyżurny ruchu, który czasem pozwala minąć się przyjeżdżającym tu z obydwu kierunków pociągom. Czuję, jak pewna część mnie próbuje przekonać nogi, że jednak trzeba zawrócić, że lepiej być wśród ludzi. Wewnętrzny konflikt jest jednak tylko chwilową słabością, nie bój się i idź.

      Idę. Miejsce, w którym wysiadłem znika daleko za mną, a przede mną ni stąd ni zowąd pojawia się motocykl. Człowiek, nie wiem kim jest i na pewno z nim normalnie nie porozmawiam, ale jak dobrze że tu jest! Jedzie w moją stronę, zatrzymuje się, ale nie gasi motoru. Chwytam moje rozmówki i odnajduję zdanie – pada deszcz. Podchodzę do młodego Mongoła i przed podjęciem kontaktu patrzę na jego twarz. Mimo widniejącego na niej uśmiechu jest jakby bandycka, groźna. Oczy są czarne, nigdy takich wcześniej nie widziałem. Ten nagle przejmuje inicjatywę i chwyta moje rozmówki. Zaczyna coś mówić pod nosem. Ja wskazuję moje zdanie, ale Mongoł wędruje wzrokiem na dół i wybiera inne – Nadciąga burza. Burza? Tutaj? Ale przecież… Dza dza, kiwa twierdząco głową. Spojrzałem w dal, która z minuty na minutę robiła się coraz ciemniejsza, a z silnego wiatru można już było wyłuskać pojedyncze krople deszczu. Czy ja jestem na pustyni? Schowałem rozmówki i pokazałem na migi, że idę dalej, spać pod namiotem. Uśmiech na twarzy Mongoła jakby zrzedł, ale ja już szedłem dalej. Jeśli teraz dasz radę, to już zawsze dasz radę – odezwał się wreszcie mądrze pan ze środka. Idę i odwracam się po chwili, ale motoru już nie ma. Jestem sam, a z daleka dobiega moich uszu potężny bas. Mongoł miał rację…

      Zbliża się 21, Słońce powinno zachodzić o 21.04 ale jest już naprawdę ciemno. Boję się, autentycznie się boję. Nie o własne życie, nie jadowitych węży. Boję się tej sytuacji i przestrzeni, której nie znam, która zaraz zniknie, ale w której wciąż będę. Po chwili uświadamiam sobie, jak szybko maszeruję. Mam przecież ciężki plecak i wózek za sobą, a w ogóle nie zwracam na nie uwagi. Trzeba rozbić namiot, ściemnia się. Po krótkim namyśle wybieram miejsce, w którym zrzucam bagaż. Wyciągam namiot i zaczynam wbijać śledzie. To jednak bardzo trudne zadanie, wszędzie są kamienie. Nawet jeśli znajdę wolny kawałek piasku, pod spodem na 90% jest inny kamień. Bezradnie szukam tych pozostałych 10%. Już praktycznie po ciemku i z latarką na czole dobijam w końcu ostatni kawałek metalu i szybko chowam się w mojej dziupli. Uwierzcie mi, nie sprawia wrażenia przytulnej. Z zaświeconą czołówką zapisuję kolejną stronę w moim notesie.

„… Piszę te słowa z latarką na czole, grzmi znów w oddali. Słychać świerszcze i stukot pojedynczych kropel. Tak bardzo chciałbym się skontaktować z Polską! To pierwsza i najważniejsza próba. Mija mnie skład w kierunku granicy…”

      Seweryn, nie zaśniesz z zaświeconą latarką, spróbuj usnąć. Gaszę ją i dopiero teraz widzę, z której strony się błyska. To chyba jednak idzie w moją stronę. Tropik przyjmuje kolejne nieśmiałe kropelki, ale w ciszy. Wiatr znika całkowicie, przez co bardzo dokładnie słyszę odległe pomruki. Po chwili zaczynam słyszeć także szelest namiotowej podłogi. Coś rusza się pod moimi nogami. Zwierzątko jest silne i wyraźnie czuję jak próbuje dostać się pod namiot. Ucieka przed burzą? W końcu i ono milknie. Zamykam oczy i wyłączam się.

      Nic z tego, sen jest zbyt daleko ode mnie. Wybija godzina 22 a namiotem zaczyna targać potężny wiatr. Mam wrażenie, że mój tropik za chwilę oderwie się od ziemi. Co się dzieje? Czy to czasem nie burza piaskowa? Muszę wyjść z namiotu i zobaczyć, jak to wygląda.

      Strachu, odejdź na bok! Odnajduję suwak i wychodzę na zewnątrz. Włos jeży się na głowie, kiedy olbrzymia czarna przestrzeń na ułamki sekund wyłania się z mroku. Widzę, jak grube elektryczne krechy wbijają się w płytę pustyni. Strach, który miał odejść na bok wcale tego nie zrobił. To idzie prosto na mnie. W podjęciu decyzji o powrocie do przystanku pomaga mi suchy i jeszcze spokojny grzmot, który jednak rozbrzmiewa już nade mną. Wracam do namiotu, zwijam śpiwór, szykuję plecak i wychodzę. Zamykam namiot, w którym zostawiam wózek z wodą i karimatę. Zapalam czołówkę i obieram kierunek powrotny. To wszystko robię w popłochu i bez namysłu, uciekam. Tak naprawdę nie znajdę słów, które oddadzą to co czuję. Nie bój się i idź…

Żyjemy!

      Jest godzina 4 rano. Gdzie jestem? Zza drzwi słyszę głuche dźwięki jakiejś rozmowy. A jednak udało mi się zasnąć na tej twardej podłodze! Może na godzinę, może na dwie, ale zawsze to coś. Pomieszczenie socjalne w budyneczku dróżnika uratowało mnie przed burzą. Dotarłem tam zmęczony i przestraszony. Taki marsz przez nocną pustynię w czasie burzy jest czymś nieopisanym. Nie opiszę tego i ja, nie da się, nie ma słów. Czytelniku pojedź i zobacz. Pojedź sam. Do dziś pamiętam moment, w którym na chwilę poświeciłem moją czołówką w prawo. Czekały tam na mnie 2 pary świecących oczu, które zmroziły mi krew w żyłach. Były to chyba dzikie koniki, nie widziałem dokładnie. Jednak głowa w takich sytuacjach nie szuka logiki, a oddaje lejce panicznemu lękowi i ogromnemu uczuciu strachu.

      Teraz leżę obolały ale jakże szczęśliwy duchem! Udało się. Zbieram graty i wchodzę do pokoju dróżnika. To był młody chłopak, myślę koło 30ki. Pracował tam jako dyżurny ruchu. Kiedy dotarłem do tego budynku nocą już na mnie czekał. Z oddali widział światło z mojej latarki. Nie trzeba było znać języka mongolskiego, żeby dać mu do zrozumienia, przed czym uciekam. Gorzej było z wytłumaczeniem tego, co tu robię…na Gobi, w nocy, sam… egzotyka pełną gębą. Dróżnik zaprosił mnie do środka, wskazał miejsce na nocleg, wziął moje rozmówki i zaczął szukać rozmowy. Ta nie kleiła się za bardzo. Cholera dlaczego ten Babel miał być aż tak wysoki!? W końcu zacząłem mówić w języku polskim dochodząc do wniosku, że pomoże mi to w budowaniu bardziej zrozumiałej gestykulacji. Faktycznie to nie głupi pomysł. W ten sposób zabiłem ciszę całą serią o tym, co i dlaczego jest na wyposażeniu mojego bagażu. Żyłka, hak na rybkę, napalm w tabletkach, zapałki szturmowe… No nie powiedziałbym nigdy, że tak się nagadam z rdzennym mieszkańcem Mongolii 😉 Choć był to raczej monolog. Na koniec wytłumaczyłem, jaki mam plan na następny dzień.

      A ten nastał w pięknym dzikim wydaniu. Cisza po burzy. Wyszedłem z budynku, czas ruszać po namiot i dalej. Ale czy on tam jeszcze jest? Podziękowałem za pomoc! Pan dróżnik otrzymał ode mnie sakiewkę wojskową, której akurat nie używałem. Bardzo się ucieszył. Wyszedł z nią na zewnątrz i zaczął dopasowywać do swojego starego motoru. Uścisnęliśmy dłonie, wziąłem plecak i ruszyłem w drogę. Byle do przodu…i bez burzy!

      Dopiero teraz odsłaniała się przede mną Gobi, jaką sobie wyobrażałem jeszcze przed podróżą. A może w świetle wschodzącego Słońca była jeszcze bardziej żółta? Strachy zostały za mną, ich miejsce zaczęła zajmować żywa ciekawość tym, co znajduje się za kolejnym łukiem, za następnym wzgórzem. Ale wcześniej namiot… Zaraz dotrę do miejsca, w którym kilka godzin wcześniej już niemal po ciemku go rozłożyłem. Po drodze szukam nocnej zguby, torby z 10 snickersami, której brak spostrzegłem przy porannej zbiórce. Jak na złość miała pustynne barwy i nie rzuca mi się w oczy. Być może porozumiała się z nocną wichurą i jest już daleko ode mnie. Namiot! Widzę go. Stoi nienaruszony, ulga spływa po całym ciele. To tylko kawałek materiału z metalowymi elementami, ale jednak mój dom. Dom, w którym będę mieszkał przez najbliższy miesiąc. Podchodzę bliżej i nie stwierdzam żadnych strat. Nic nie zginęło, ale u licha kto miałby tutaj coś kraść? Zwijam dobytek, kiedy w pewnym momencie orientuję się, że z oddali od dłuższego już czasu płynie miarowy i jednostajny dźwięk. Pustynia grzmi, ale już nie siłami natury. Zbliża się pociąg. Aparat w dłoń i chodu! Zaczynamy mongolską jazdę!

Gobi cd.

      W oddali widzę pomarańczowy punkcik. Jest jak jedno z ziarenek piasku, ledwo widoczny, ale wydaje się być w ruchu, o ile falująca masa gorącego powietrza nie próbuje wystrychnąć mnie na dudka. Kilkanaście godzin wcześniej, uciekając przed nocną burzą zgubiłem okulary przeciwsłoneczne, co od samego rana już kilka razy zdążyłem uznać za koszmarny niefart. Podnoszę dłoń, odgradzam spojrzenie od natarczywego Słońca i próbuję sklasyfikować egzotyczną kropkę. Ta po chwili przestaje się ruszać, to jednak nie powietrze… Czuję, jakby ta mini pomarańcza robiła dokładnie to samo co ja, ona mnie zauważyła. To chyba ktoś w kamizelce odblaskowej, pracownik kolei? Ale co on robi w pojedynkę na tej rozgrzanej blasze? Zaraz zaraz, co Ty robisz w pojedynkę na tej ogromnej patelni? – odezwał się ktoś w moim środku. Racja, moje zdziwienie straciło na sile. Jestem kolejowym zapaleńcem, któremu umyślała się samotna i długodystansowa podróż na wschód, a który nigdy dotąd nie przekroczył nawet granicy Polsko-Ukraińskiej. Dość głęboka woda jak na pierwszy raz, choć może wyraz „woda” trochę tu nie pasuje. Znajduję się na środku pustyni Gobi, po stronie mongolskiej. Na plecach targam 20kilogramowy plecak, ciężką lustrzankę i za sobą ręczny wózek z resztą dobytku. Jestem jeszcze dość bladym „turystą” i fakt, że maszynka do golenia nie jest na wyposażeniu mojego bagażu nie rzuca się bardzo w oczy. No ale zarost to raptem jedna składowa całego wyglądu, w całości prezentuję się chyba dość nietypowo.

      „Dobrze wiedzieć, że nie jestem tu sam” pomyślałem, widząc punkcik który znów zaczął się ruszać. Był jednak daleko za mną, a ja kierowałem się na północ, wzdłuż kolejowego szlaku pomiędzy stacjami Sumangiin Zoo i Tsagaankhad. Zszedłem w dół z piaszczystego wzgórza, wziąłem bagaż i ruszyłem przed siebie. Skład towarowy, który jechał tędy jakieś 20 minut temu ucichł na dobre, a ja po raz kolejny dałem upust swojej kolejowej psychozie i zacząłem rachować, co i skąd pojedzie teraz. Nie ma to tamto, czas na skład od strony chińskiej. Zapnę szerokokątny 17-40 i wejdę na tamto wzgórze… Stop! Zatrzymuję się jak wryty i patrzę, jak z kierunku, w którym zamierzam iść dalej zbliża się do mnie pomarańczowa kropka, nie będąca już kropką. Jedzie motorem i znajduje się na mojej „drodze”. A mówiłem, że wyglądasz nietypowo – odezwał się kolega ze środka. Ów człowiek musiał we mnie zobaczyć naprawdę intrygującą zjawę, bo jeszcze 10 minut temu dzielił nas spory dystans, a nasza konfrontacja była teraz kwestią najbliższych sekund. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości ode mnie, zgasił motor i zaczął mnie mierzyć wzrokiem. Poza nietypowym bagażem miałem na sobie wojskową koszulę, spodnie w pustynnych barwach z przytroczonym nożem, na głowie niebieską chustkę i kapelusz. Widziałem jak jego wzrok wędruje z góry na dół a na spalonej słońcem twarzy zaczyna prześwitywać delikatny uśmiech. To było pierwsze takie moje spotkanie. Wiedziałem, że jestem tu gościem i podlegam pustynnym regułom gry, nie wiedziałem jednak jak się zachować w tej dziwnej sytuacji, przepełnionej ciszą. W ładownicy przy pasie miałem butelkę z wodą, postanowiłem po nią sięgnąć i podać Mongołowi. Nie wziął jej od razu, wciąż ciepło, ale jakby z pewną dozą nieufności badał każdy mój ruch. „Us” mówię, woda, proszę się napić. Wykonuję ruch ręką, woda chlupie w butelce. Po chwili Mongoł wyciąga dłoń, chwyta butelkę i bierze łyk wody. Jest jakaś nić porozumienia! W drugiej ładownicy mam trochę słodkich, suchych ciastek. Częstuję nimi Mongoła, który już jakby śmielej sięga po nie. Wtedy doznaję oświecenia. Człowieku, przecież w kieszeni masz kartkę z najpotrzebniejszymi tłumaczeniami! Wyciągam ją i wskazuję zdanie nr 7 – Jestem miłośnikiem kolei, zwłaszcza lokomotyw spalinowych. Mongoł, już teraz z pełnym uśmiechem na twarzy zaczyna twierdząco kiwać głową. Pokazałem mu także mapkę i wypowiedziałem nazwę miejscowości, do której zmierzam. Teraz już wszystko było jasne, Mongoł zrozumiał dokąd idę, wymówił nazwę tej wioski tak, jak powinno się ją wymawiać w języku mongolskim. Ucieszyłem się i po raz pierwszy doznałem uczucia, w którym bardzo chce się porozmawiać, ale słowa muszą ustąpić miejsca ruchowi rąk, całego ciała i mimice twarzy. Spakowałem ciastka, butelkę z wodą, kartkę wsunąłem do kieszeni i chciałem ruszyć dalej, kiedy Mongoł wyraźnie wskazał na swój motor. Zrozumiałem w mig, chciał mnie podwieźć. Faktycznie było na nim miejsce dla dwóch osób, ale nie z takim bagażem jak mój. Na samym wózku miałem 10l wody, namiot, śpiwór, menażkę, trochę jedzenia, 15 kg lekką ręką. Wskazałem na bagaż, pokręciłem dłońmi z charakterystycznym grymasem na twarzy, dając do zrozumienia, że jest to chyba niemożliwe. Wówczas mój rozmówca szybko zmienił front, wskazał jedną ręka w dal, drugą przyłożył do siebie i powiedział „ger”. Pomimo tego, że był to początek mojej podróży ten wyraz znałem dość dobrze. Gospodarz zapraszał mnie do swojej jurty…

 

… upłynęło jednak jeszcze wiele godzin, nim ujrzałem ją na horyzoncie. Mongolskie przestrzenie oszukują. Widzisz je i odległy cel masz jak na dłoni, ale to złudzenie. Tym większe, im mocniej grzeje Słońce, a to gobijskie nie zna się na żartach. Trzeba iść, maszerować w rytmie i nie oglądać się za siebie. Bywa jednak, że metronom zwalnia. Nie masz siły, by utrzymać tempo. Cień, gdzie jest cień? Gdzieś jest skraweczek, który się z Ciebie śmieje. Czasem nawet ten śmiech słychać. Ty jednak nie słuchaj syren pustyni! Nie zdejmuj koszuli z długim rękawem, nie zmieniaj spodni na krótkie, a już na pewno nie rezygnuj z chustki czy kapelusza. Jest pustynia – musi być gorąco, 😉

      Widzę cień! Podtorowy przepust dla zwierzyny. 2 metry kwadratowe chłodniejsze pewno o jakieś 10 stopni, co za ulga! Wiedzą o tym także dzikie konie i całe roje much. Siedzę z nimi w ciszy i zastanawiam się, co ja tu robię…

Gobijczycy

   Dlaczego? Dlaczego tu? W tak nieprzystępnym miejscu…wielokrotnie zadawałem sobie to pytanie. Malowało się wyraźnie na mojej twarzy, a gospodarz jakby to wyczuł. Wyjął ze starannie ukrytego schowka zdjęcie starszej kobiety i ostrożnie podał w moje ręce. Nie mówił wiele. Fotografia była czarno biała, czas odcisnął już na niej swoje piętno. Zrozumiałem. Z szacunkiem odłożyłem zdjęcie do schowka zdając sobie sprawę z tego, jak dobrą odpowiedź otrzymałem. Gobi to nie wybór, to kolejne pokolenie…

     

      Kakao do zupy? A gdzie łyżka? Przynajmniej biszkopciki ratują sprawę… Dobra dobra, paniczu ze środka. Jedz jak dają i nie dyskutuj! Zupka mongolska była gorąca, w sumie jak wszystko co na Gobi. Widelec okazał się najpraktyczniejszym przyrządem, za pomocą którego mogłem szybko rozprawić się z daniem. I głodem. Kakao to nic innego jak typowy mongolski caj. Herbata z masłem i solą o temperaturze 99 stopni C zaraz znalazła się na skórze całego mojego ciała. Jak gorąco! W podobnym ukropie zajadał swój posiłek mój towarzysz. Uśmiechałem się do niego, myśląc już jednak podstępnie o butelce wody, którą zostawiłem przy wejściu. No to jak, idziemy się przewietrzyć tak? Wyszedłem z jurty i… zawróciłem na pięcie, dostając ostrzegawczy policzek od gobijskiego upału. Człowieku, nie zapominaj gdzie jesteś! Usiadłem na wersalce i zacząłem myśleć, jakim cudem doczłapałem się tu w takim skwarze… biszkopciki nie były słodkie.

      Odwiedziny u znajomych gospodarza dały okazję do tego, by podejrzeć jak żyją tutejsi ludzie. Jurt na Gobi jest jednak niewiele. Rzadko zdarza się, by choćby w zasięgu wzroku mieć jakiegoś sąsiada. Przyjechaliśmy do nich motorem, a nasz przyjazd poprzedzony był…telefonem! Tak tak, też byłem zdziwiony. Jest jednak tak, że niemal każda jurta posiada swoją małą elektrownię w postaci baterii słonecznej. Energią z niej pochodzącą zasilane są te stare poZSRRowskie wielkie telefony, które od czasu do czasu wydają ledwo słyszalny i z czasem gasnący, znany z bajek dźwięk „dryń dryń’. Antena na długiej tyczce załatwia całą sprawę i tylko smsa wysłać się nie da.

      Wracamy. Słońce powoli zaczyna odpuszczać. Motor gospodarza to jakaś chińska maszyna, która jednak z łatwością radzi sobie z piaskami i żwirem pustyni. Nie dźwigam plecaka, nie ciągnę wózka, kilometry mijają szybko i przyjemnie, czuję wiatr we włosach! Okiełznałem pustynię Gobi! Z pozycji motoru nie wydawała mi się już taka straszna, ale było to tylko kolejne złudne myślenie.

Widzę konie. Stado dzikich koni. Są jeszcze daleko, ale widzę, że jedziemy w ich kierunku. Odbijamy w prawo. Dobrze, może się nie spłoszą. A jednak. Wszystkie w jednym momencie zebrały się do galopu. Nie bójcie się, to tylko motor, krzyczę gdzieś w środku. Ale zaraz…one uciekają? Po chwili orientuję się, że przez dłuższy czas biegną równolegle do nas. Może to my powinniśmy podjąć ucieczkę?

      Całą sytuację zrozumiałem w momencie, kiedy zatrzymaliśmy się przy 2 korytach usytuowanych pośrodku niczego. Co za mądre zwierzęta!

       Woda znika w mgnieniu oka, a jej dźwięk przy rozlewaniu to poezja dla uszu!

Zabierzcie mnie stąd!

      Jest wieczór. Zaraz pójdę spać do jurty gospodarza, chcę jednak pobyć sam. Na Gobi to nie takie trudne co? Śmieje się pan ze środka, ale na żarty wcale nie mam chęci. Jedzie pociąg! Niech jedzie… zobacz jaki piękny zachód, przestrzeń. Piękna, ale ja tego wszystkiego nie chcę! Spoglądam na telefon, który wciąż jest tylko zegarkiem i pierwszy raz w życiu doznaję tak parszywego uczucia tęsknoty i niemocy w jednym. Ale jeszcze przed chwilą uśmiechałeś się do samego siebie…odejdź! Siedzę na wzgórzu i myślę, o bliskich, o niej…ehh.

      Tego nie oddadzą żadne słowa. Gdybym miał pod ręką przycisk teleportu, cisnąłbym go całą pięścią, zostawiając cały podróżny dobytek gdzie popadnie.

      Na wzgórzu i w dołku jednocześnie. Idź spać, jutro wstanie nowy dzień. Schodzę, pustynią zaczyna targać potężny wiatr, który uspokoi się dopiero nad ranem…

Wstawaj prawą nogą 

      Otwieram oczy. Co to jest? Gdzieee? Ok. Jurta – Gobi – Mongolia. Gospodarz chrapie głośniej niż dwuczłonowy gagar bez tłumika. Całkiem możliwe, że w nocy pracowały tu w podwójnej trakcji 😉 Patrzę na zegarek, po 4. Czy koło 5 nie powinien tędy jechać osobowy do granicy z Chinami? Wstawaj chłopie! Na wszelki wypadek prawą nogą. Kryzys zażegnany, jestem już o jeden dzień bliżej do powrotu 😉 Co Ty dyndolisz (!) odzywa się środkowy jegomość. Zbieraj się i łap każdą chwilę! W sumie, przyznaję mu rację. Zabieram aparat i wychodzę z jurty. Gdzieś w oddali dudni pociąg, jedzie w moją stronę. Co za uczucie… chodu!

      Już czas. Trzeba iść dalej, w kolejne „nieznane”, pożegnać się z gospodarzem, podziękować za pomoc, a następnie znów bratać się z gobijskim Słońcem. Co wydarzy się dzisiaj? I przed czym znów będę uciekał? A może jednak zostać, nie kusić losu…po co się tak męczyć. W tym żółtym morzu niczego jest tak naprawdę jeszcze tyle do odkrycia, po tygodniu wrócisz do Chin, przecież było ci tam dobrze. Odejdź! Zaciskam zęby i szybko pozbawiam głowę tych jeszcze ciepłych myśli. Idę dalej!

      Pakuję dobytek. Podobnie zachowuje się gospodarz, gdzieś się wybiera? Motor przygotowany jest do jazdy, a na siedzeniu dla pasażera jest jakby więcej miejsca. Czy on czasem nie jedzie do Tsagaankhad? Wspominał wczoraj, że jest tam sklep, że będę się tam mógł wyposażyć. Pytam. I faktycznie, okazuje się że jedzie. Mało tego, ja także tych kilkunastu kilometrów nie pokonam pieszo! Chciałem skakać z radości, która jednak szybko podkuliła ogon w momencie, gdy spojrzałem na bagaż. To chyba niemożliwe… Jak Ty wsiądziesz na ten motor z całym tabunem?

      Po 10 minutach już wiedziałem jak. Gdybym w Polsce zobaczył tak obładowany motocykl, na pewno długo bym się za nim oglądał… Podróż przebiegała wolno, ale bez pomocy mięśni. Jurta ostatecznie zniknęła za nami i wiedziałem, że już tam nie wrócę.

Tsagaankhad 

      Wioseczka jest w skali mikro. Złożona z kilku domków, budyneczku kolejowego dla dyżurnego ruchu i jednej jurty. To w niej jest ponoć sklep, w którym będę mógł uzupełnić zapasy. Pójdę tam, ale najpierw podziękuję gospodarzowi. Ten człowiek dał mi jeść, przygarnął na noc i jeszcze zaoszczędził kilkunastu pustynnych kilometrów. Odpowiednie zwroty znalazłem w rozmówkach już dużo wcześniej, ale przede wszystkim szczerze i z ogromną wdzięcznością uścisnąłem jego dłoń. Pieniądze! Przecież ten motor nie jeździ na wodę. Pocieram palcami dłoni, tak jak robi się to mówiąc o zapłacie. Benzin, benzin… Bi chidig tulchłe? Ile płacę, tego pytania nauczyłem się dość dobrze. Mongoł uśmiecha się dziwnie i jakby coś rachuje. Wiem, mój mongolski może być dla niego wielką zagadką. On jednak schyla się do ziemi i leżącym obok patyczkiem pisze na piasku liczbę. Ta liczba to sto. Sto? Uświadamiam sobie, jaka bieda tu panuje. 100 tugrików to po naszemu jakieś 25 groszy! Żadne sto, chcę dać więcej! Kiedy z burzy moich myśli klaruje się wynik, mój wzrok skupia się na wężu… nie pustynnym, ale w pewnym sensie jadowitym. Była to literka S, którą Mongoł dopisał zaraz obok drugiego zera…

… Gobi? Zielona? To tylko obraz, ale jaki ładny! Wisi w budynku kolejowym w towarzystwie kilku innych krajobrazów. Namalował je chłopiec z tej wioski. Patrzę i gdzieś w głębi myślę o tym, co zaszło. Czy istnieje jeszcze dzisiaj forma bezinteresownej pomocy? Czy pan chciał mi pomóc, czy na mnie zarobić? Każdy miły gest z jego strony, który miałem w pamięci nosił od tej chwili posmak gorzkiego rozczarowania. Właściwie to nie chciałem o tym myśleć. Pustynia woła.

      Sklep. Woda, chleb ryba! Może będzie. Kieruję się w stronę jedynego tutaj białego mongolskiego okrąglaka, pukam do drzwiczek. Po chwili otwiera je starsza, zgarbiona już kobieta. Wita mnie uśmiechem i zaprasza do środka. Jak przyjemnie jest wejść do jurty! Zwłaszcza na pustyni. Nie ma tam klimatyzacji, ale jakby podświadomie się jej szuka, jest rześko, ulga! Kobieta o nic nie pyta. Otwiera swoją mini lodóweczkę (!) a w niej, na półeczkach ukazują mi się 2 rządki 2litrowych butelek schłodzonej coca coli. Tak! To nie fatamorgana. Cena jednej to 2700T czyli jakieś 7 złotych. I tak pytam tylko orientacyjnie, raczenie się słodką colą w takim miejscu byłoby czymś gorszym od strzału w kolano.  Poproszę wodę, chleb i rybę w puszce…

Ciąg dalszy następuje 

      Czekam na mój pociąg. Słońce zachodzi, jakie to jest piękne! Aparat leży jednak w torbie, nie mogę być jego niewolnikiem. Zresztą i tak wszystkiego sfotografować się nie da. Do Sainshandu, jednego z większych gobijskich miast mam jakieś 4 godziny drogi. Czekam i upajam się chwilą. Z wolna zaczyna być też słyszalny bulgoczący dźwięk silnika białej lokomotywy ZAGAL. Szok, na peronik przychodzi jeszcze jedna osoba! Ma wyczucie, albo po prostu dobry słuch. Ma zegarek, krzyczy środek! No tak… uświadomiłem sobie, że nie liczę tam czasu. Jest wtorek? Czwartek? Nie wiem.

      Przyjeżdża 27wagonowy skład! Mnóstwo ludzi w środku, cała masa bagaży, ale to norma. Bywa często, że przedziały zajmowane są przez całe rodziny. Pod nogami, nad głowami, przy oknie, obok wejścia, wszędzie bagaże. Wielkie toboły, pudła, kołdry, anteny, telewizory, olbrzymie wory z Bóg wie czym w środku. Dołączam i ja, ze swoim plecaczkiem i wózeczkiem. Dopiero w pociągu orientuję się, jak cuchnę. Niestety, ale wszyscy dotąd spotkani ludzie pustyni na pytanie nr 11 – Czy w pobliżu można się gdzieś umyć – w odpowiedzi przecząco kiwali głowami. Siadam na moim plecaku i myślę o wrzątku w samowarze. Każdy wagon ma taki. Spoglądam na termometr, 90stopni. Można robić zupkę! Spotkani ludzie robią sobie ze mną zdjęcia, a ja mam wyjątkowo dobry humor. Uśmiecham się do nich i gawędzę. Po polsku, a co. Cały wagon to jedna wielka rodzina, a ja jestem jej jedynym nieskośnookim członkiem.

      Ulaan Uul, 10 minut postoju. Wychodzę więc i pruję do mechaników, którzy okazują się być bardzo sympatycznymi ludźmi. To od nich dowiedziałem się o tym, że pociąg pasażerski do Sharyn Gol wciąż jeździ. O co chodzi? Dowiesz się później, czytelniku.

W domu gagarina 

      Sainshand to miasto, w którym, gdyby nie kolej, chyba nic wielkiego by się nie działo. To kolej daje tu największe zatrudnienie, a syreny manewrujących lokomotyw sprawiają, że budząc się rano mamy wrażenie, że jesteśmy w porcie. W głównej mierze to zasługa manewrantów TEM2 zwanych tamarami, wtajemniczeni wiedzą o co chodzi 😉 Przyjechałem tu późno w nocy i ani myślałem o namiotowym noclegu. Czas na regenerację, prysznic, normalny posiłek i łóżko. No i teraz mogłem już sobie „strzelić w kolano”, czyt. kupić Coca Colę! Na mojej magicznej kartce z tłumaczeniami miałem oczywiście pytanie o tani hostel. W jego znalezieniu pomogła mi spotkana na stacji starsza kobieta z dzieckiem. Było już po 2 w nocy, kiedy mogłem w spokoju klapnąć na łóżku. Hostel był nieduży, o zdecydowanie niskim standardzie;) Ale ja tu na balety nie przyjechałem. Grunt że była woda, zimna, ale była. Nie domykające się drzwi do pokoju czy łazienki to norma, natomiast miłym zaskoczeniem była pralka! I to jaka! Frania – typ mongolski. Nawet moja mama nie potrafiłaby jej uruchomić. Nazajutrz poprosiłem o pomoc właściciela hostelu, a warunkiem, jaki musiał być spełniony, abym skorzystał z tego dobrodziejstwa, było kupno proszku do prania. Zaraz poprułem do małego sklepiku obok i już po chwili mogłem wrzucać do wody cały mój materiałowy dobytek. Oczywiście z wyjątkiem tego, co wtedy miałem na sobie. W sumie pralka przyjęła – 3 pary skarpetek, 3 pary gaci, 3 koszulki, spodnie i koszulę. Tak, aż tyle. Acha, nie mówiłem, że na Gobi grasowałem jeszcze po stronie chińskiej, zanim przekroczyłem granicę? Ano fakt, ale o tym w innym dziale. W każdym razie prania się zebrało 😉

      A gdzie dom gagarina? To bynajmniej nie ten hostel. Idziemy!

      W lokomotywowni Depo Sainshand zostałem bardzo ciepło przyjęty. Wielu mechaników robiło sobie ze mną zdjęcia, jeszcze więcej z nich drapało się po głowie zastanawiając się, co sprawiło, że przyjechałem tu taki kawał drogi. Bi Polsz hun – mówię. Jestem z Polski, klepiąc się w rękę pod pagonem. Na mojej pustynnej koszuli właśnie w tym miejscu widniała flaga naszego kraju. Oni drapali się dalej, a ja fotografowałem spracowane, umorusane w smarach rosyjskie „motory”.

Żegnaj Gobi 

      Przychodzi czas, by ruszać dalej. Patrzę w odległy horyzont i znów myślę o tym, co nie jest moim udziałem tam w Polsce. W Sainshand mam jednak zasięg, słaby ale jest. Jaki to był moment dostać te wszystkie zaległe wiadomości! Wiele z nich przyszło jako poucinane kawałki tekstu, ale i tak czytałem je całą mocą, wielokrotnie. Niesamowite.

      Chłonę wzrokiem te wszystkie suche przestrzenie. Zobaczę je jeszcze raz z okna pociągu, którym będę wracał do Chin…jurtę w której spałem, miejsca po namiocie, kryzysowe wzgórze, sklep, budynek dyżurnego ruchu, który przygarnął mnie na noc ratując przed burzą…będzie to coś niezwykłego i wzruszającego. Ale ludzie z przedziału chyba nie zrozumieją mojego jakby tęsknego uśmiechu do wagonowej szyby.

  

Step by step

      Tego dnia wreszcie moje stopy dotknęły stepu. Po całym tygodniu zmagań na pustyni Gobi i całonocnej podróży pociągiem moim oczom nagle ukazała się zielona przestrzeń, chmury, pachnące trawy, jeszcze czekające na deszcz, mnóstwo zwierzyny i wzgórza…  Teren tak różny od tego, jaki widziałem dotąd. Wstąpiło we mnie nowe życie i bagaż, mimo częstych wspinaczek jakby stał się lżejszy. Dotarłem jednak do tak stromego podejścia, że plecak wraz z wózkiem postanowiłem zostawić na dole – wyjdę, zrobię zdjęcie, wrócę po bagaż i pójdę wzdłuż toru. Na górze zastałem widok z tych, o jakich się śni jeszcze przed podróżą. Usiadłem z wrażenia i nawet wiatr wiejący tam na pewno powyżej 100 km/h nie mógł zmącić mojej radości. Po chwili w dolinie za mną zauważyłem stado kóz, którego pilnował sympatycznie wyglądający pasterz. Ruszył w moją stronę, a ja zainteresowany ciekawym kadrem wyszedłem mu naprzeciw. Wymieniliśmy parę słów i uśmiechów. Kiedy w końcu wróciłem na mój punkt widokowy zauważyłem coś nietypowego w miejscu, w którym zostawiłem bagaż. Użyłem obiektywu jako lunety i już wiedziałem – motor. Ktoś gmera przy moim plecaku. Kto? Od samego rana nikogo tam nie spotkałem, a to co zostawiłem też starałem się ukryć w trawach. Zacząłem biec na dół i krzyczeć. Wiało jednak tak mocno, że nawet gdybym miał megafon ten jegomość nie usłyszałby mnie. Pędziłem ile sił w nogach wymachując rękami. Nie widział mnie. Kiedy zziajany i z bólem w kolanach zbliżałem się już do miejsca chłop wsiadł na motor i ruszył w dal, razem z moim plecakiem. Wyrzucił reklamówkę po śpiworze, która później z wiatrem trafiła w moje ręce. Zostawił też wózek i 2 butelki wody. Szybko zniknął za wzgórzem, a ja nie wiedziałem co się dzieje. Cały mój przenośny dom, jedzenie, ładowarki, ubrania, menażka…wszystko przepadło. Rozejrzałem się dookoła, znów cisza i wiatr. Co byś zrobił na moim miejscu czytelniku? I jak myślisz, czym stała się dla mnie piękna i zielona Mongolia, skoro nawet tam uwiła swoje gniazdko ta parszywa część ludzkiego charakteru. Załamałem się, ale najważniejsze, czyli paszport, nóż, rozmówki, pieniądze i aparat miałem przy sobie. Zacisnąłem zęby i ruszyłem w drogę powrotną do wioski, w której wysiadłem tego dnia rano. Zacząłem uczyć się mongolskich zwrotów związanych z kradzieżą i ostro parłem przed siebie. Jechał nawet jakiś pociąg, ale nie zwróciłem na niego uwagi.

      Po kilku kilometrach marszu zauważyłem motor. Wyjechał zza wzniesienia, siedziało na nim 2 Mongołów, którzy trzymali mój plecak! Odruchowo sięgnąłem po nóż, byłem wtedy tak nabuzowany, że nawet gdyby mieli przy sobie „kałacha”, pewnie dałbym im radę. Podjechali do mnie z uśmiechem od ucha do ucha. Zgasili maszynę, jeden z nich śmiał się do łez. Drugi szybko wstał, wziął plecak i postawił go obok mnie, ukłonił się, wyciągnął rękę i powiedział – uczlaraj – przepraszam. Mówił więcej, śmiejąc się, ale go nie rozumiałem. Stałem tam wściekły i zmęczony, wciąż nie docierało do mnie to co się stało. Panowie w końcu spoważnieli i zaczęli mnie naprawdę przepraszać. Byli przekonani, że właściciel bagażu się zgubił i będzie chciał wracać do wioski. Chcieli odwieźć mnie z powrotem w miejsce, w którym zostawiłem plecak. Podziękowałem. Powoli zaczynałem się uspokajać, a w środku zwyciężała myśl, że jednak wszystko gra i nic złego się nie stało. Na koniec podaliśmy sobie dłonie a ja ruszyłem w męczący marsz tą samą drogą z tym samym ciężkim bagażem…

Po tamtej stronie

      Idziesz ze mną? Będzie raźniej. Co jest za tym wzgórzem? Jestem już bardzo zmęczony, ale ciekawość pertraktuje z mięśniami, wygrywa bez problemu. A za wzgórzem jest następne… kolejne przestrzenie, miód dla oczu. Zjesz go tyle, na ile pozwoli Ci światło dnia. A ten powoli się kończy. Rozbijesz namiot i jeśli znajdziesz odpowiednią ilość drewna, rozpalisz ogień. Usiądziesz na chwilę i poczujesz delikatny powiew strachu. Oby ta noc była spokojna. Co wydarzy się jutro?

      Po kolacji standardowo witaminka jako diety suplemencik, założenie na siebie wszystkich warstw i do spania. Tej nocy chwycił kilkustopniowy mróz i już następnego dnia poczułem, jak choroba puka do drzwi. Zaczynał się jeden z trudniejszych okresów w mojej podróży…

      Dzwoni budzik, wyłączam go. Wczoraj przy dobrym świetle trochę podładowałem telefon. Przez ściankę namiotu widzę już pierwsze oznaki nowego dnia. Jest cicho. Absolutnie cicho. Mam wrażenie, że śpiworowym ruchem zagłuszam spokój w promieniu wielu kilometrów. Czuję się jednak inaczej niż do tej pory. Gorączka? Każdy bardzo dobrze potrafi rozpoznać to uczucie, coś się święci. I faktycznie tak jest. W śpiworze jest ciepło, ale z wszystkiego wokół wyziera przenikliwe zimno. Trzeba wyjść, ruszać się. Zapalić ogień. To ostatnie jest chyba jednak niemożliwe. Wczorajszego wieczoru wyzbierałem wszystkie okoliczne drwa, drewienka i zapałki, dzięki czemu mogłem zagotować wodę na zupkę. Trzeba wyjść, zrobić zdjęcie, poczekać na Słońce, złożyć namiot i iść dalej. Gdzieś dalej znajdę drewno, zapalę ogień, podgrzeję fervexa, zjem polopirynę i rozpocznę walkę z chorobą.

      Jakie to trudne! Brr. Nie mam już nic do ubrania, wszystko mam na sobie. Wychodzę z namiotu, którego ścianki są siwe. Wszystko wokół jest siwe. Mróz. Rozgrzewam baterie aparatu i postanawiam zdobyć okoliczne wzgórze. Kompletnie nie mam mocy, ale z siłami natury nie ma dyskusji.

      Wędruję. Czy plecak nie jest dziś dwukrotnie cięższy? Czuję ból w mięśniach. A może to objawy choroby wysokościowej? Chyba raczej nie, średnia wysokość tu to ok. 1700 metrów n.p.m. Takie nasze Bieszczady do kwadratu. Po spokojnym poranku wiatr zaczyna malować czekające na deszcz trawy stepu. To nie wiaterek, ale często wiejący ponad stówę wicher, który chyba wyczuł moją dzisiejszą słabość i próbuje mnie znokautować. Przeklinam go, a on śmiejąc się zdejmuje mi kaptur. Nie mam siły!

Trzeba znaleźć drewno, rozpalić ogień, zagrzać wodę i rozpocząć walkę.

      To chyba jakiś dar od losu. Dokładnie na mojej drodze znajduję wysuszone na pieprz cienkie i grube gałęzie jakiegoś drzewa. Nie mam zielonego pojęcia, co tu robią, ale są tylko tutaj. Rozpalam ogień, jem zupkę z domieszką ryżu, zapijam gorącym fervexem i polopiryną. Walczymy! Od dziś też wydzielam w moim i tak już przeładowanym wózku trochę miejsca na drewno. Zabieram jego część na pokład, by wieczorem znów dokopać chorobie.

Pod gołym niebem 

      Wiatr cichnie. Słońce coraz częściej zagląda przez chmury. Czuję błogie ciepło. Nie odeprę tej pokusy, muszę się zatrzymać i odpocząć. Przede mną rozciąga się widok na potężny kolejowy łuk, poczekam tu na pociąg. Odpływam… słyszę je. Znów harcują sobie w najlepsze. Jeszcze o nich nie wspominałem? Susełki. Wiewiórki stepu. Mają swoje norki w ziemi i gdy tylko w okolicy nie grasuje żaden cień, wychodzą z nich. Dlaczego nie lubią cienia? Bo są wyczulone na atak drapieżnych ptaków. Gdy leżę i nie poruszam się, nie jestem dla nich zagrożeniem. Podchodzą blisko i słyszę, jak się podśmiechują. Widzę was! Skubaniątka 😉 Bolesław Uryn miał rację, step żyje i porusza się.

      Ej… jedzie! Wstawaj, aparat aparat! O skubany, jest już blisko. Jakbym już od dłuższej chwili przez sen słyszał tę jednostajną usypiającą melodię silników tego fantomasa. O tym, że to nadjeżdżający pociąg zdałem sobie sprawę w ostatniej chwili.

      A jednak usnąłem. Wyłączyłem się całkowicie. Jestem chory, czuję to już całym sobą. Podnoszę się i ledwo słaniam na nogach. Susełków już nie ma, ale jest koń. Pasie się w niedużej odległości ode mnie. Jest sam. Piękny! Potężnie zbudowany król stepu. Z wolna skubie trawę. Jego biało-brązowe umaszczenie wyróżnia go spośród tych, które dotąd widziałem. Zbieram bagaż i podchodzę w jego kierunku, dobre i kilkaset metrów. Tam rozpalę ogień i zjem coś ciepłego.

      Motor? Słyszę silnik motoru. Znowu spałem! Koń zniknął za wzgórzem, a teraz podjeżdża do mnie dwóch Mongołów w tradycyjnych mongolskich strojach – Delach. Podnoszę się z ziemi, jestem brudny, zarośnięty, zaspany i słaby. Musieli mnie zauważyć z daleka, śpiącego na rozgrzanej trawie. Zostawiają motor w pewnej odległości ode mnie, gaszą silnik.

– Sajnbajnu – mówię. Dzień dobry.

      Podchodzą, a na zasłyszane mongolskie przywitanie reagują sympatycznym uśmiechem.

– Sajnabjnu – słyszę w odpowiedzi.

      Mierzą mnie wzrokiem i jakby z uznaniem kiwają twierdząco głowami. Po chwili jeden z nich zaczyna mówić. Z całości wyłapuję tylko jeden znajomy mi wyraz – moro. Moro znaczy koń. Czyżby szukali zguby w kolorze toffi?. Wskazuję pytająco na jeden z moich białych worków umiejscowionych na wózku, po czym przesuwam palec na brązową sakiewkę z obiektywem. Moro?

– Dza dza! Odpowiadają.

      Trafiłem. Rozmowa idzie nadzwyczaj szybko, czy ja nauczyłem się już języka mongolskiego?;)

– Chojor cagt tam tam, za wzgórze… mówię wskazując kierunek i wzgórze, za którym schowała się zguba. Chojor to dwa, liczyć umiałem już dość dobrze. Cagt to godzina i nie wiem, dlaczego zapamiętałem ten wyraz i jaka magiczna siła podsunęła mi go akurat wtedy. Dwie godziny temu zniknął za tym wzgórzem. Mongołowie zrozumieli to w mig. Pytają, czy zrobiłem mu może zdjęcie, zauważyli mój aparat.

      Kiedy upewnili się, że mówimy o tym samym koniu, z sympatią poklepali mnie po ramieniu. Czym prędzej ruszyli w kierunku wspomnianego wzgórza, a ja nie mogłem zrozumieć, jakim cudem porozumiałem się z nimi z taką łatwością.

      Wieczór jest spokojny, wiatr poszedł sobie na dobre. Rzadkie tu zjawisko. Po długich poszukiwaniach znalazłem w końcu dobre miejsce na nocleg, odgradzając się od wzroku ewentualnych gości. Na tak otwartych przestrzeniach nie jest to łatwe. Do walki z chorobą szykuję całe medykamentowe wojsko, a w resztce wody gotuję ryż z boczkiem. Pierwszy tak pożywny posiłek od dłuższego już czasu, który nieumyślnie przesalam. Zbliża się jedna z najtrudniejszych nocy, gdzie w zimnie, przy dreszczach, ogromnym pragnieniu i zatkanym nosie będę walczył z samym sobą. W ten sposób nie wygram. Jutro jadę do lekarza…

Ulaanbaatar bez zdjęcia 

      Pierwsze zabudowania minąłem jakieś 10 minut temu i wciąż jadę! Ułan Bator to olbrzymie miasto. A może tylko tak mi się wydaje? Spotkane dotąd wioski, na które często składało się raptem kilka domków czy jurt mogą to wrażenie pogłębiać. Tak czy owak faktem jest, że w stolicy Mongolii mieszka ponad połowa jej mieszkańców i to widać, słychać i czuć. Co jeszcze odczuwam? Potworne zmęczenie. Jestem głuchy i przytępiony, jak gdybym obserwował świat z innej pary oczu. Wsiadając do pociągu ostatecznie rozładowałem swój akumulator – naprawdę ledwo podciągnąłem się na schodkach wagonu. Od samego rana nic nie piłem. Pani stojąca obok chlupocze wodą w swojej małej buteleczce. Ma ją chyba na wszelki wypadek, ot bawi się. Poprosić o łyka? Ale jak? Nie no, nie wypada. Matko nie baw się tą wodą! Usycham.

      Wysiadka. Tym pociągiem jechał cały milion ludzi. Szok! Ogromne potoki podróżnych wlewają się do podziemnego przejścia, spokojnie czekam na swoją kolej. Jest mi wszystko jedno. Wiele osób patrzy na mnie jak na wracającego z wojny, ale nie zwracam na to uwagi. Gdzie tu będzie jakiś sklep? Zamiast źrenic mam 2 nakrętki Coca Coli! Idę w ciemno, tam musi coś być.

      Psssss. Co za smak! Trzymajcie mnie! 2 litrowa butelka szybko traci na wadze, siedzę na plecaku z nogami wyciągniętymi na chodnik. Chodzi tu mnóstwo ludzi, obok ruchliwe skrzyżowanie. Co druga osoba na dłużej zawiesza na mnie wzrok. A ja siedzę sobie. Mam wszystko w nosie, Słonko świeci. Czilałt że tak powiem 😉 Hotel poczeka, i tak mam na to cały dzień. Nie planuję tu urządzać przechadzek i zwiedzać miasta. Ja nie czuję się tu dobrze. Nie tylko fizycznie, ale i ducha coś nęka. Tłok, ścisk. To nie dla mnie. Trąbią klaksony, ktoś krzyczy. Ja chcę tu tylko wyzdrowieć i uciekam stąd.

– Może panu pomóc? – Pyta ni stąd ni zowąd młody sympatyczny człowiek. Niezły angielski, mój to pomieszanie z poplątaniem 😉 ale odpowiadam

– Dzień dobry. Tak chciałbym wiedzieć, gdzie tu w pobliżu znajdę jakiś tani hotel.

– Proszę chwilkę poczekać.

      A kto mnie tam goni, ołrajt men. Siedzę i patrzę, jak to się ludzie spieszą. Przychodzi w końcu usłużny jegomość i tłumaczy, że 2 hotele w pobliżu nie mają już miejsc, ale warto, bym udał się tą ulicą…

      Po kilkunastu minutach marszu trafiam do hostelu, w którym nawet mi się podoba. Sympatyczny stróż z przerzedzonym uzębieniem i w klasycznie czarnym okularze kłania się nisko i podaje mi dłoń. Buźka z Jamesa Bonda, jak Boga kocham! Sajnbajnu! Mówię głośno i z uśmiechem. Odwzajemniony uśmiech, mimo rzeczonych wybrakowań jest szczery i wprawia mnie w dobry nastrój. Tego człowieka spotkam jeszcze wiele razy, łącznie z ułanbatorską wizytą w drodze powrotnej. Za każdym razem Buźka będzie miał swój okular i super uśmiech;) Mam nadzieję, że jeszcze go kiedyś odwiedzę.

      Idę na pokoje. Cena to 50 000T. Drogo, ale fajnie tu. Szukam kolejnego pytania w moich spracowanych już rozmówkach. Czy jest ciepła woda? W odpowiedzi słyszę – nie. Dziękuję! Bez namysłu zbieram bagaż i wychodzę. 35 000T! – słyszę zza pleców. Noo, trzeba było tak od razu. Co prawda po naszemu to i tak stówa, ale widzę w kącie elektryczny czajnik. No i jak niby ma tu nie być ciepłej wody? 😉

      W brodziku pod prysznicem zalepiam spływ. Taśma izolacyjna w końcu się przydaje, ależ ja to wszystko przewidziałem! 4 czajniczki, trochę zimnej z centrali i już mamy kąpiel że ho ho! Pierwsza ciepła woda w Mongolii. Niestety nie ma pralki i opcja wyprania brudnych rzeczy gdziekolwiek indziej też nie jest dostępna. Trudno, mam proszek, piorę ręcznie.

      Po kilku godzinach intensywnej pracy jestem czysty i wyprany. Wypiłem lekarstwa i wreszcie czuję, że żyję! Czy ja na dole nie widziałem jakiejś hamburgerowni?

      Matko, jakie dobre!!! Keczup!!! Uwierz mi czytelniku, nie jadłeś jeszcze tak dobrej bułki z mięsiwem. Ten smak zapamiętam do końca życia. I to nie zasługa pań z kuchni…

      Wieczór spędzam w kafejce internetowej. Mam dostęp do maila, piszę jak opętany. Czytam. Jestem szczęśliwy. W ogóle nie zwracam uwagi na to, co dzieje się dookoła. A ze dwudziestu chłopa gra w jakąś bliżej mi nieznaną sieciową „strzelankę”. Przy utracie trzeciego, ostatniego życia moje uszy zalewane są potokiem dźwięków, rozżalenia i zdenerwowania, tak sobie na przemian.

      Zasypiam. Dopiero teraz doceniam to, czym są 4 ściany i miękkie łóżko. Nie wsłuchuję się w dźwięki nocy, nie nasłuchuję pomruków burzy. Nie chodzą po mnie robaki i jest ciepło. Jak dobrze…Myślę o Tobie, Maczku…

      Następny dzień przyniósł zdecydowaną poprawę zdrowia. Co prawda z przyzwyczajenia obudziłem się o 4 rano, ale znów się położyłem, by ostatecznie morfeuszowy maraton zakończyć przed południem. Poczułem moc i chęć do działania. Nie tu w mieście. Trzeba mi zieleni, przyrody! Od godziny 16 miała ruszać sprzedaż biletów na mój nocny pociąg do Khangalu. Zbliżał się jeden z najpiękniejszych etapów – magiczna północ… Uciekamy stąd, Seweryn!

Mongolska Syberia

      Mam wysiąść o 6.35, ale nie śpię już od 4. Norma, ale i tak bym nie spał. Wlepiam wzrok w obrazy za szybą. To jest coś niesamowitego. NIE-SA-MO-WI-TE-GO!!! Nie wierzę w to, że tu jestem. Zapowiada się piękny dzień. A gdzie dokładnie jestem? A pewno jakąś stówkę pod granicą z Rosją, tą daleką Rosją. Jadę najdłuższą w kraju bocznicą wiodącą do drugiego co do wielkości miasta w Mongolii – Erdenet. Jeździ tu jedna para pociągów osobowych dziennie, zaraz sobie z niego wysiądę i zacznę wdychać to magiczne powietrze. Ale mnie nosi! Wiele miejsc dosłownie zapiera mi dech, nie wierzę w to, że linia kolejowa może przebiegać przez takie miejsca…a na dodatek jeżdżą po niej lokomotywy, które kocham najbardziej – klasyczne gagariny.

      Khangal. 2 tory, budyneczek stacyjny, kilka starych domków i jurty. To lubię. Nikt nie krzyczy, nie ma pośpiechu. Przestrzeń zielona, ciepła. I znów jestem sam. Idę do dyżurnego ruchu, który patrzy na mnie jak na ufoludka.

      Sajnbajnu 😉 Dobrejutra! Słyszę w odpowiedzi. Pażałsta… cholera, nie znam rosyjskiego. Poszedłem tam, by zapytać orientacyjnie, ilu pociągów towarowych mogę się tu spodziewać w ciągu dnia. Trudne pytanie, co? Poizd, towarowy, tutaj bahato? Bahato to chyba ukraiński, ale na nic innego mnie nie stać 😉

      Próbujemy się porozumieć już od mniej więcej pół godziny. Macham, rysuję, pokazuję, przeklinam. Przecież ja się chciałem tego rosyjskiego w szkole uczyć! To dali jakiś francuski! Notabene z wykształcenia jestem dziś nauczycielem tego właśnie języka. Ale pożytku z tego tam nie było wcale. Towarnyj? Pyta w końcu przywołany skądś pomocnik. Da da! Pojedzie o 10. Ojej! Sukces! To co prawda nie jest odpowiedź na moje pytanie, ale zadowala mnie w pełni. Dziękuję, częstuję ułanbatorskim ciastkiem i odchodzę na boczek. Siadam na plecaku i rozpoczynam ostatnie studiowanie mapki. Pójdę tu…

      No co jest pieski? Dookoła mnie biegają 2 kundle, młode jeszcze, zwłaszcza ten czarno-biały. Będzie kiedyś z ciebie duży psiak – mówię. Łapię się na tym już  któryś raz, mówię do siebie, przedmiotów, zwierząt. A macie po ciachu, dranie. I wracajcie do pana, chyba to na was krzyknął przed chwilą…

      Odchodzę w zieloną dal, wystarczy jedno wzgórze, by stracić z oczu tę namiastkę cywilizacji. Witaj samotności.

      Zbliża się godzina 10 i faktycznie coś zaczyna dudnić. Jedzie mój towarnyj! Ustawiam się do zdjęcia w kierunku zachodnim, kiedy nagle od wschodu wyjeżdża inny pociąg towarowy! O cholera! Najszybsza na świecie zmiana obiektywu i trach trach trach! Mam cię, skubańcu.

      Ej! Co wy tu robicie? Uciekajcie do domu. Ja idę daleko i już tu nie wrócę. Psy jednak moją komendę mają w nosie. W nosach. Przybiegły za mną! Maszeruję dalej, jest ciepło ale nie gorąco. Zielono, idealnie! Biały psiak, suczka idzie przede mną. Podbiegnie to tu, to tam. Bada teren. A ten mały dupek noga w nogę za mną. Zobaczymy kiedy wymiękniecie, mądrale.

      Stop! Wózek traci kółko. I tak sporo przeżył. Mam taśmę, sznurek, zrobi się. Wychodzę na jedno ze wzgórz, by go naprawić i mieć widok na ewentualnie nadjeżdżający pociąg. W oddali pogrzmiewa, chodzą chmury z przelotnym deszczem. I mnie dostaje się parę kropel. Szumi rzeka Orkhon, wędrują stada kóz i baranów. Dzieje się tak niewiele i wiele zarazem…

Pan samego siebie 

      Idę po soczystej trawie. Nade mną błękit nieba. Mogę wybrać dowolny kierunek, dotknąć stopami każdego kawałka ziemi. Niczym nieograniczona wolność! Miejsce jest magiczne. Raj, przez który przebiega kolejowa nitka. Pociągi jeżdżą tu rzadko i nie są tak potężne jak na magistrali. Ma to swój specyficzny klimat, a podyktowane jest niezwykle trudnym profilem linii. Biegnie ona często przez tereny, w których ostatnią rzeczą, jaką moglibyśmy sobie wyobrazić są kolejowe tory .

      Z gór biegnie dźwięk pracującej maszyny. Kompletnie nie pasuje do otaczającej mnie dziewiczej przyrody. Narasta, zbliża się. Wykorzystaj chwilę, zaraz tu będzie. Biegnij! Psy nie wiedzą, o co chodzi, uciekają razem ze mną.

      Cienie wydłużają się, uplastyczniają obraz, który i tak jest jak nie z tej ziemi. Odpoczywam i medytuję. Rozbiję się dziś nad brzegiem rzeki, niech jej szum wypełnia tę tajemniczą ciszę. A wy mądrale co zrobicie? Jutro rano pewno was już tu nie będzie. Myślę i patrzę, jak śpią przy moich nogach. W oddali na wzgórzu pojawia się jeździec na koniu. Jest zbyt daleko, bym mógł go opisać. Wiem, że patrzy na mnie przez swoją lunetę, bądź lornetkę. Macham ręką i po chwili zauważam ten sam gest z tamtej strony. Mija chwila i wzgórze znów pustoszeje. Step żyje i jest pod ciągłą obserwacją. Ja jestem tu gościem i wiem, że moja obecność została już dawno zauważona.

      Namiot już na mnie czeka. Ogień rozświetla mikroskopijny kawałek stepu, który tej nocy należy do mnie. Na co czekam? Nie wiem, ale zawsze odwlekam ten moment, w którym zasuwam od środka namiotowy zamek. Boję się czegoś bliżej nieokreślonego. Czegoś, co będzie naturalnym głosem stepu, ale ścianki tropiku definitywnie zamkną mi oczy, a do uszu wleją coś zupełnie innego. Psy układają się przy wejściu, jak dobrze że tu są! Dookoła cisza. Tylko czasem młodszy psiak warknie w sobie znanym kierunku. Śpij!

      Jasno. Nie muszę już patrzeć na zegarek, jest koło 4. Rzeka delikatnie szumi, ale muszę zobaczyć na własne oczy, czy płynie. Czy nie budzę się w innym miejscu… W nocy słyszałem tylko silniki pojedynczego M62 jadącego w kierunku Erdenetu. Ciekawe przeżycie. Psy, są jeszcze? Wychodzę z namiotu i patrzę, jak podnoszą się ze swojego legowiska merdając ogonami. Widzę ich radość z faktu, że zaraz pójdziemy dalej, że znów będziemy odkrywać nieznane. Jednak to nie tylko radość. One słyszą szelest papieru, reklamówki. Wołają, bym się z nimi podzielił. Są głodne, a na ich grzbietach mógłbym policzyć wszystkie żebra. Nie jem sam, nie umiem. Siadamy i rozpoczynamy śniadanie, dziś ryba z puszki i reszta ciastek.

      Uświadamiam też sobie, że moi czworonodzy koledzy chcą ze mną zostać na dłużej. Nie uciekły dziś, nie uciekną i jutro. Dar z niebios. Pełnoprawni towarzysze wyprawy, dzielę się z nimi nie tylko jedzeniem, ale i przemyśleniami. Mówię, używam strun głosowych. Dobrze mi z tym, bo przecież na tej gitarze grywam ostatnio niezwykle rzadko. Ruszamy, małe dranie!

      Ten będzie dobry. Lekki i całkiem niezły zasięg. Kij. Pobawię się, a kto lub co mnie tu będzie gonić? Albo uśmiechać się z politowaniem? Już wczoraj słyszałem chlupoczące w rzece drapieżniki. Mam haczyki i żyłkę, od kilku minut także i wędkę. Legendarnego mongolskiego tajmienia tym pewnie nie wyciągnę, ale nawet niewielki rzeczny okaz zadowoli moich kompanów. Właściwie to z myślą o nich zatrzymuję się nad rzeką. Wszystko wokół sprawia, że mam wrażenie jak gdybym był nie na kontynencie azjatyckim, ale w Afryce. Dopiero teraz to widzę. Przestrzeń zniknęła w czeluściach rozłożystych drzew. Mongolskie baobaby. Wysokie, suche kępy traw, często wyższe ode mnie. Gdzieniegdzie straszy szkielet dużego zwierza, który teraz jest miejscem obrad jakby wygłodniałych dużych ptaków, w większości czarnych kruków. Podskórnie czuję, że nie rozbiłbym tu namiotu. Są takie miejsca, w których wie się to od razu. Bije od nich jakaś dziwna moc, która napędza nogi, by jednak pójść dalej. Ryba nie bierze. Próbuję na okruchy chleba i mikroskopijne kawalątka mięsa z koziego kopytka, które przyniósł mi młodszy pies. Nic z tego, przyjaciele. Obiecuję, że wieczorem zasiądziemy do uczty. Zbieram bagaż i maszeruję dalej, by wschodnia sawanna znów zamieniła się w zielony raj.

Miejsce, które mi się śni

      Wieczór. Gdzieś daleko za mną słyszę pomruki przechodzącej burzy. Tego dnia nie spotkałem żywej duszy. Siedzę i patrzę na jadący w dole pociąg. Głodne psy polują na cykające świerszcze… Będąc tam nie wiedziałem, że to właśnie ten obrazek z największą trwałością zapisze się w mojej głowie. Wspominam ten czas i to miejsce, właśnie to miejsce…

      Mówią, że zdjęcia, które pokazujemy znajomym to tylko drobny procent całej podróży. To zamknięty w ramkę wycinek chwili, który pomaga im zrozumieć, co wtedy czuł ich autor. Prawda. Oglądamy zdjęcie, próbujemy się tam przenieść choćby jednym ze zmysłów. Często zazdrościmy i podziwiamy „wyczyn”. „Chcę tam pojechać”! Krzyczy głos pana ze środka. Pana, który jednak ma pełny brzuch, jest mu ciepło. Zaraz pójdzie do przytulnego łóżka by spać bezpiecznie. Ba, obudzi się rano i zaraz odezwie do żony, mamy czy brata. Spotka się z przyjaciółmi, ale wcześniej weźmie prysznic. Drogi czytelniku, po tamtej stronie wszystko wygląda inaczej… i nigdy do końca nie zrozumiesz, póki nie spróbujesz sam. Sam. Zmierzysz się wtedy ze swoimi lękami i wreszcie spojrzysz w oczy swojemu panu ze środka. Ty też masz go w sobie…

Dobrzy ludzie 

      Budzi mnie szczekanie psa. Otwieram oczy, półmrok, właściwie to można by już wstać. Jednym krokiem z ciasnoty maleńkiego namiotu przechodzę do nieogarniętej otchłani. Małe ziarenko piasku i wielka pomarańczowa dynia, pudełko zapałek i olbrzymi wieżowiec. Oczy właściwie na początku nie wiedzą jak się zachować. Jacy my ludzie jesteśmy mali!

      Pies prowadzi mnie w dół zbocza. Co tam jest? Zbieram drewno by w końcu odkryć to, o czym od rana informują mnie towarzysze. Tarbagan. Mongolski świstak już nie żyje i wiem, przez kogo został upolowany. Takie są prawa natury. Nie wiem, w jaki sposób to zrobiliście, ale korzystajcie z tego daru. Ja dziś już nie miałbym się czym z wami podzielić. Faktycznie zostało mi trochę wody, którą gotuję na ostatnią zupkę. Konfrontacja z ludźmi stepu jest nieunikniona, muszę odwiedzić jurtę. Tak, tę w oddali właśnie.

      Blisko, prawda? Kilometr, góra dwa… Nic podobnego!!! Przestrzeń znów próbuje Cię oszukać, uważaj czytelniku. Maszeruję, obrawszy sobie za cel białą kropkę na zielonym morzu. Dotąd starałem się je omijać. Nie po to, by za wszelką cenę unikać kontaktu z ludźmi, ale ze stróżującymi je psami. Poza nożem nie mam nic na swoją obronę. Ale nie mam też wyjścia. W razie czego zastawię się wózkiem. Nie mogę też zapominać o moich dwóch małych pomocnikach, którzy jak gdyby nigdy nic idą i radośnie merdają ogonami. Tradycyjnie, biała koleżanka przede mną, młodszy kolega za mną. Jestem już na tyle blisko, że rozróżniam przedmioty wyłożone na prymitywnym drewnianym stoliku stojącym obok jurty. Tu chyba nie ma innego psa, uff… Kiedy ogon tej myśli jeszcze dobrze nie zniknął za „drzwiami”, z cienia nagle wybiega potężny pies pasterski. Biegnie prosto na mnie. Sekundy. Moje psy zaczynają skomleć i rozbiegać się dookoła. Stróż zmienia kierunek, by złapać jednego z nich. Krzyczę – nohoj horoj! Nohoj horoj! Czy mogę wejść? Moi dwaj mali obrońcy wykorzystują przewagę zwinności i nie dają się złapać większemu o kilka głów tyranowi. W tym czasie z drzwiczek jurty wolnym krokiem wychodzi kobieta. Czuję ulgę, ale serce wciąż bije szybko. Ona wypowiada jeden wyraz. Basan! Jeden wyraz, kilka sekund i ogromny pies jest obok niej. Upływa jeszcze krótka chwila i Basan kładzie się tam, skąd przybiegł, w cieniu jurty. Kurz jeszcze dobrze nie opadł, a on już leży. Właściwie to wygląda, jak bym go nie obudził. Obserwuję to wszystko i budzę się – powiedz coś chłopie! Tak jest – Sajnbajnu! Kobieta uśmiecha się i podchodzi do mnie. Przed wyjęciem kartki pokazuję pustą butelkę – Us! Mój wzrok skupia się na twarzy, która zdaje się mówić – wszystko rozumiem, zatrzymaj się i odpocznij dobry człowieku. Słyszę plusk wody, duży niebieski pojemnik z wodą dzieli się nią z moją małą butelką. Siadam zmęczony i piję. Ta woda nie jest smaczna, ale to najlepsza woda jaką piłem. Tak. Uczucie niezapomniane…ale przecież to tylko woda, krzyczy środek! Czytelniku jeśli to zdanie jest dla Ciebie niezrozumiałe, zamknij usta, wróć tu jutro o tej samej porze i dopiero wtedy z powrotem je otwórz. Proste prawda? Pewnie tak, jeśli ma się świadomość tego, że po sąsiedzku jest sklep, ba, za ścianą jest magiczne pokrętełko, jeden mały ruch i żyjesz dalej. Tam takiej świadomości nie ma… Kobieta stoi obok i chce dać mi coś jeszcze. W pojemniku jest coś, co już bardzo dobrze znam.

      Tak właśnie powstają aaruule, jeden z największych przysmaków Mongołów. To pokrojone w cienkie prostokąty twarde kawałki sera. Wytwarzane są ze zsiadłego mleka, które najpierw jest odwadniane, a następnie suszone na słońcu i świeżym powietrzu. Te, których mogę skosztować nie są jeszcze całkiem suche. Jem i czuję, jak głód ucieka w popłochu. Jestem na środku olbrzymiej płaskiej zielonej równiny, ale wydaje mi się, jak gdybym zdobył szczyt wielkiej góry. Spełnienie. Ja żyję! W takiej formie nie zaznam tego nigdzie indziej.

      Sajnbajnu – słyszę za plecami. Odwracam się i widzę starszego już człowieka, pewno koło siedemdziesiątki. Ma na sobie koszulę w kratę, na którą opada niemałej długości broda. Sajnbajnu! Odpowiadam, wstając i kłaniając się. Chłop trzyma w ręku jakąś książkę. Podchodzi z wolna i daje znak ręką, bym usiadł. Książka okazuje się być starymi jak świat rozmówkami. Zdaję sobie wtedy sprawę, że jeszcze się nie przedstawiłem. Ci ludzie nie wiedzą kim jestem, skąd przybywam. Chłop jednak otwiera książeczkę i zatrzymuje się na stronie, którą przysuwa mi pod oczy. Nie wierzę. Nie wierzę w to co widzę. Czytam i rozumiem. Nie język mongolski. Widzę napisy w języku polskim. To rozmówki mongolsko-rosyjsko-polskie. Jestem w szoku. Dobry człowieku, skąd Ty to tutaj wziąłeś??? Skąd wiedziałeś, na jakiej stronie je otworzyć? Dla pewności patrzę jeszcze raz, to nie jest coś co, chcę widzieć. To jest coś, co widzę. Podnoszę głowę i widzę, jak jego wzrok kieruje się na moje ramię. Zauważył flagę! Na mojej koszuli po obu stronach naszyte są małe biało-czerwone flagi. Polsz. Bi Polsz Hun – mówię, wstając, by uścisnąć jego dłoń.

      Rozmówca pokiwał twierdząco głową, ssąc aaruula. Ślina spływała mu po brodzie, na koszulę. Nie zwracał jednak na to uwagi – patrzył w rozmówki i szukał nici porozumienia. Nie udało mi się wtedy dowiedzieć, jaki ten człowiek może mieć związek z naszym krajem i skąd wzięły się u niego te rozmówki. Może to po prostu czysty przypadek, który jednak wiele mnie nauczył.

      Błyska myśl. Wstaję z plecaka, otwieram go i wyjmuję mój zdezelowany już kuchenny niezbędnik. Do gyrosa? Moja ulubiona, ale ta powinna się spodobać najbardziej. Chwytam saszetkę przyprawy i podchodzę do kobiety. Pamiętasz czytelniku, jak czułeś się kosztując czegoś egzotycznego? Czegoś dobrego, co nigdy dotąd nie wędrowało do Twojego żołądka? Taką właśnie minę zrobiła wtedy. Podobnie zrobiłem z czosnkiem, słodką papryką i pieprzem. Zachwyt i euforia! Kobieta wbiega do jurty. Wbiega! Ręce na głowie. Chyba trafiłem, by po chwili dostać na drogę całą wielką garść aaruuli!

      Żyłka, wytrzymałość do 25kg. Tnę kilkadziesiąt metrów. Kilka haków na grubą rybę. Chłop przyjmuje mój skromny podarek i kłania się nisko. Rzeka jest niedaleko, dobrze wiem, że on dobrze wie. Co z tym zrobić, wie wie. Atmosfera jest niezwykle przyjazna. Siadam znów na mój plecak i dopiero wtedy chwytam kartkę z najpotrzebniejszymi zdaniami w języku mongolskim. Przygotowała mi je jeszcze przed wyjazdem Pani Khishig Gantumur, rodowita Mongołka, która od lat mieszka i pracuje w Polsce. Serdecznie Pani dziękuję, Pani Khishig!

      Miłośnik kolei? Dza dza. Kiwam twierdząco głową. Poizd towarnyj arłan cagt – towarowy o dziesiątej tutaj! No właśnie, która jest godzina? Zbliża się pora pociągu, pojedzie dzisiaj? Czekam, by w między czasie uzyskać od chłopa niezwykle cenne informacje co do miejsca zatrzymania się pociągu, którym dziś muszę już jechać dalej (prócz postojów na stacjach pociąg, zależnie od dnia zatrzymuje się regularnie w określonym kilometrze linii i nie znajdziemy tego w żadnym rozkładzie jazdy). Szybko okazuje się, że do pokonania mam jeszcze 15km. Do wieczora zdążę. Na razie odrzucam od siebie jedną niewygodną myśl. Co z moimi towarzyszami? Gasnę i patrzę, jak leżą w cieniu pod stołem. W tym samym momencie gagarin trąbi w oddali… mój towarnyj! Chodu!

      Pani widząc aparat i kierunek, w którym się ustawiam chciała uciec z kadru. Nie nie nie! Macham ręką i mówię – niech pani zostanie. Po polsku oczywiście.

      Pociąg i jego szum znikają. Pojawia się za to myśl, by wreszcie podjąć drogę do wioski. 15 kilometrów nie przejdzie się samo, a czas płynie. Moi wierni towarzysze już to widzą, czują w jakiś swój psi sposób. Organizuję bagaż, próbując jednocześnie poskładać myśli, jak podziękować i pożegnać się z dobrymi ludźmi. Przeszkadza mi w tym widok samochodu, który zbliża się do nas. Przecieram oczy, ale okazuje się, że to nie pomyłka. Mała osobówka nieznanej mi produkcji zatrzymuje się przy jurcie. Wysiada z niej młody człowiek, który mierzy mnie wzrokiem, prowadząc jednak rozmowę z gospodarzem. Nie wiem, czy przyjechał tu na jego prośbę, czy to czysty przypadek. Auto zwrócone jest w kierunku, w którym zamierzam iść. Czuję, jak w głowie zaświeca się lampka – on jedzie do tej wioski. Świetnie, prawda? Moja radość próbuje się do mnie przebić przez grubą warstwę smutku. Patrzę na moje psy i właściwie to nie chcę, by to była prawda. Po nawiązaniu kontaktu okazuje się jednak, że kierowca jedzie do celu mojej pieszej wędrówki. Mówi, że może mnie zabrać, a będzie to kosztować 20 000T. Słyszę liczbę i rachuję na sucho, ale tak naprawdę nie mam do tego głowy. To już? Teraz? Przywiązałem się do nich. Patrzą na mnie i są gotowe do marszu, merdają ogonami. Basan śpi, nie zareagował na jadący samochód. Nie wiem co zrobić. Wieczorem będzie tak samo… po raz pierwszy odzywa się we mnie ktoś, kto chce, bym wsiadł do samochodu. Kierowca i gospodarze patrzą na mnie pytająco, a ja odchodzę na bok. Wyłączam się i czuję, jak łzy zaczynają spływać po moich policzkach. Nie chcę się z tym ujawniać, wycieram je i próbuję szybko odzyskać równowagę. Człowieku, to tylko 2 psy, o których istnieniu jeszcze 3 dni temu nie wiedziałeś! Niemądry środek, nieczuły, odpowiadam.

      Czytelniku to wątek, którego nie chcę opisywać litera po literze. Jakkolwiek by to nie brzmiało, nie potrafiłbym tego ująć we właściwie słowa, tego co wtedy czułem. Kobieta zauważyła moją reakcję i początkowo nie wiedziała, o co chodzi. Kiedy wskazałem na sabake, dała mi znak, że zaopiekuje się psami. Wsiadłem do tego samochodu, podziękowawszy wcześniej za całe dobro, którym ci ludzie się ze mną podzielili. Odwróciłem się jeszcze, by przez szybę zerknąć na moich towarzyszy, wciąż gotowych do marszu. Jeszcze was odwiedzę… Nigdy nie myślałem, że więź, jaka łączy człowieka i zwierzę może być tak silna.

Iryndala

      Widzę coś, czego nie widziałem na mapie. Teraz też nie mogę jej odnaleźć. Wiem, gdzie jest, ale na zdjęciach satelitarnych nic, martwy ocean zieleni. Wioska liczy kilka domków, wystarczy jedna dłoń by je policzyć. Zwierzyny jest jednak tyle, że u całego plutonu żołnierzy palców braknie. Obok majaczą nieliczne jurty. Garstka ludzi na coś czeka. Garstka to na mongolskim stepie dużo, proszę pamiętać. Na co czekają? Rozmawiają i wskazują na samochód, którym jadę. Hmm, był telefonik, myślę. Nic tu się nie ukryje, bateria podładowała stepowy telefon, z którego wieść o tajemniczym przybyszu rozeszła się po okolicy. Wysiadam i kłaniam się nisko – Sajnbajnu! Młody chłopak w czapeczce z daszkiem w stylu bocznym podbiega i mówi coś dla mnie niezrozumiałego. Uśmiecha się i przybija mi piątkę. Wyjmuję bagaż, w tym czasie kierowca najprawdopodobniej tłumaczy garstce, kim jestem. Wszyscy słuchają, a ja rzucam plecak i zrywam się do biegu…

      Tak, to zdanie nie znalazło się tu przez pomyłkę. Nie zdążyłem jeszcze wszystkim podać ręki, a już uciekam. Kurzy się za mną, a ludzie nie wiedzą co się dzieje. Zauważyłem go dość wcześnie, teren na to pozwalał, jak to na mongolskim stepie. W miejscowości Orkhontuul musiało być krzyżowanie, bo kolejny towarnyj pędził do mnie z przeciwnego kierunku. Nie wiem, jak odebrałbym to, czego świadkami byli moi obserwatorzy. I wolę w tej niewiedzy pozostać.

      Wracam i wiem, że w chłopaku, któremu przybiłem piątkę mam kompana na resztę dnia. Chwyta mój wózek i wnosi go do jednego z domków. Ale ja chciałem do sklepu… Ot i jest, to właśnie on. Wchodzę do środka, domek składa się z dwóch pomieszczeń. Nie ma lady, ani wystawy z produktami. Właściwie to nic tam nie ma, poza domowymi szpargałkami, łóżkiem, komodą i … małą czarną kozą, która nie wiedzieć czemu nie lubi przebywać ze swoimi przyjaciółmi. Chodzi sobie po podłodze i beczy. A niech beczy. Siadam na plecaku, by po chwili dostać caju i trochę aaruuli. W sumie mam ich już całkiem sporo, są dobre i sycące. Podoba mi się tu, tak jak perspektywa dalszej części dnia, w której nie będę musiał dźwigać bagażu. Wieczorny pociąg przyjedzie mi pod sam nos. Kiedy tak myślę, kompan już mnie gdzieś woła. Wchodzę do drugiego pomieszczenia i zauważam coś, do czego nie będzie mi potrzebna znajomość języka mongolskiego. Język szachów – uniwersalny, ponadczasowy, jeden.

      Polsko, wybacz mi. Biję królówkę, ale ostatecznie przegrywam. Chłopak ma 12 lat, ale to przecież wcale nie tak mało…co on może tutaj robić innego? Nie ma komputera, konta na fejsbuku, telewizji też niet. No to jeździ sobie konno, czasem pozazdrości motoru tacie, a jak już wejdzie do domu, to tnie w szachy. Do tej pory myślałem, że nawet nieźle mi to idzie. Kompan jednak wskazuje mi miejsce w szeregu, tym warcabowym także! Nie no dość tego, wychodzę z tych czterech ścian.

      Moro. Przejedźmy się – mówi mi, wskazując na jednego z koni stojących przy domku. Sam niezwykle zwinnie wskakuje na piękną brązową klacz. Chyba myśli, że jest mi smutno po przegranej. Ale ja konno jeździć nie umiem. Nie dlatego, że boję się koni. Bardziej boję się tego, że zrobię mu krzywdę. Że źle do niego podejdę, a on może akurat teraz chce sobie poodpoczywać. No gdyby taki konik zaproponował mi przejażdżkę, wsiadałbym bez oporów. A tak, wybieram metodę pieszą. Właściwie to chcę stąd odejść. Zostawić bagaż i pójść w okoliczne góry. Właściwie chcieć to móc. Idę.

      Chłopak biegnie i krzyczy, nie rozumiem go, w ogóle go nie rozumiem. Ale teraz wyraźnie widzę, że ma mi do przekazania jakąś wieść. Daję mu moje rozmówki. Jak zwykle wypadają z nich strony od 41 do siedemdziesiąt parę, rozkleiły się. Wprawia to w zakłopotanie niejednego korzystającego z nich Mongoła. Obiad! O 14 jest obiad. No nieźle – myślę. Czy ja nie jestem w domu? Z wdzięcznością poklepałem kompana po ramieniu, przytakując głową. Bajarlala – dziękuję! Mówię to, jednocześnie wiedząc że na obiad nie przyjdę. Idę w góry, nie zdążę wrócić. Mam jednak nadzieję, że zostanie coś na odgrzewkę. Kto na moim miejscu by na to nie liczył? Kto na Twoim miejscu zrezygnowałby z obiadu i szedł znowu w jakieś góry? – pyta środek. Spadaj!

      A cóż to się dzieje!? Wali się coś? Ocknąwszy się z niespodziewanej drzemki zauważam potężną chmurę, która mówi do mnie najgrubszą struną w gitarze basowej. Chyba nie ma dyskusji, trzeba się schować. Tylko gdzie? Odszedłem spory kawałek, znów nie ma nikogo. Widok jest genialny, ale pociąg jechać nie chce. Jedzie coś innego. Motor. Na domiar dobrego jedzie w moją stronę i po chwili stwierdzam, że nie ma w tym przypadku. Widzę dwóch Mongołów, którzy wołają do mnie, bym zszedł na dół. Nie żebym tam zaraz zrozumiał po mongolsku, po prostu machają przy tym rękami. Idę, chmura już chwyta mnie za kołnierz. Siadamy we trzech i ruszamy. Jazda, początkowo ostrożna i całkiem komfortowa jak na opcję trójpasażerską przeradza się w ryzykowną ucieczkę. Krople już zdobią nasze ubrania, a Bozia od czasu do czasu robi zdjęcie. Żarty żartami, ale w rzeczy samej nie jest tak do końca wesoło. Przyciskam do siebie torbę z aparatem i modlę się, by kierujący motorem towarzysz nie wpadł na jakiś szalony pomysł, ot na przykład przekroczenia stu kilometrów na godzinę. Na szczęście nie był takim ryzykantem, 70ka po stepowych muldach była szczytem możliwości tej maszyny. Była też wystarczająca, by zdążyć schować się przed deszczem. Jesteśmy pod daszkiem jakiejś zdezelowanej rudery, nad rzeką. Widzę zarzucone wędki i już wiem, co będziemy robić gdy przestanie padać.

      Panowie Makłowicz i Pascal chyba raczej nie gotowali takiej zupy w swojej kulinarnej karierze. Spotkany tu przeze mnie rybak (ten w czerni) okazuje się być niezwykle sympatycznym człowiekiem. W mgnieniu oka rozpala ogień i kładzie na nim naczynie z wodą. Woda tak jak ryby, prosto z rzeki. Dotąd zastanawiałem się, czy mógłbym ją normalnie pić, po przegotowaniu i uzdatnieniu tabletkami, które miałem przy sobie. Uznałem to jednak za ostateczną ostateczność. Teraz widzę, że nie tylko nadaje się do picia, ale i zupa na niej wyjdzie. Wymieniłem już wszystkie składniki. Pozostaje czekać na efekt, tylko w czym my to zjemy?

      Pewien jegomość nie może oderwać wzroku od mojego noża. Przekrawam nim 2 puste butelki. 2 butelki – 4 naczynia, proste. Nóż jest szwedzkiej produkcji i gdybym się uparł, to prawdopodobnie przekroiłbym nim kolejową szynę. No ma chłop czego zazdrościć, fakt. Zupa jak i rybki są w końcu gotowe, ugotowe, ugotowane. I co mam teraz napisać? Że w Ustce lepszych nie mają. Nie wiem, czy to po prostu szczęście uśmiechnęło się do tego kucharza, czy ma ten fach w rękach, ale mięso było rewelacyjne, a woda rzeczno-rybna świetnie to dopełniała. Jednakowoż biorę pod uwagę fakt, że moja smakowa poprzeczka w warunkach mongolskich mogła zostać zawieszona nieco bliżej ziemi…

      Polsz, podark podark. Wiedziałem, że tak będzie. Jegomość napatrzył się i przechodzi do ofensywy. Dałbym mu ten nóż, ale to przecież nie koniec mojej podróży. Przede mną 2 etapy, nie mogę tego zrobić. Pokazuję mapę, jadę tu i tu. To zbyt ryzykowne nie mieć nic na swoją obronę. Nie chodzi tu o kogoś a o zwierzynę. Naprawdę nie wyobrażam sobie sytuacji, w której walczę z wilkiem używając noża, ale lepiej czuję się mając go przy sobie. Mój rozmówca nie rozumie mojej polszczyzny i mówi, że da mi za niego dwie ryby, na wielkość takie jak jego ręka. Uśmiecham się i w całej swojej łaskawości odmawiam – ten barter mnie nie interesuje. Podark? Cholera, trzeba się stąd ulotnić.

      Piwo? Czemu nie. Ja w ogóle to piwo lubię, ale mam z nim niemiłe wspomnienia z tej podróży. Właściwie to nie wiem, czy moje dwudniowe przykucie do łóżka zawdzięczam jemu, czy może niezbyt czystym pałeczkom w chińskim przygranicznym barze dla robotników. Opiszę to w kitajskim dziale. Póki co mamy ciepłe popołudnie w Iryndali i pukające do drzwi pragnienie. Dwóch motocyklistów częstuje mnie rosyjskim bliżej nieznanym specjałem. Dobre. Jak by nie patrzeć, siedzę pod sklepem z piwem, tyle że nie tak, jak by to sobie mogła wyobrazić moja babcia Krysia.

      Pan podark to ten z lewej. Ciągle coś mówi, to on nadał mi imię Polsz, które nieźle się przyjęło wśród pozostałych mieszkańców wioski. Kończymy butelkę i co? Idę po dwie następne. Na zyczenie. Kompan od szachów patrzy na mnie jak na przybysza z kosmosu, waha się. Woła mamę, która z sobie tylko znanej skrytki wyciąga 2 butelki piwa. Płacę 6 000T i przynoszę kolegom spod sklepu. Polsz, pij! O nie nie, ja muszę być trzeźwiutki i dbać o formę. W pewnym momencie jegomość jest wręcz nachalny, ale to raczej przez stan upojenia. W moich rozmówkach znajduje dwa słowa, które zaczynają mu się podobać – buty sportowe. I co teraz? Podark podark…nóż i buty sportowe. Nooo nieeee… Obiecuję, że na jesień przyszłego roku przywiozę mu albo jedno, albo drugie. A żeby go trochę podrażnić, zaznaczam wyraźnie, albo jedno, albo drugie!

      Człowiek w okularach pisze mi na kartce swój fejsbukowy adres. Tym razem to ja patrzę na niego jak na ufoludka i uśmiecham się. Tłumaczę, że ja swojego konta tam nie mam i w najbliższej przyszłości nie zamierzam mieć. Mój ołówek zostaje zatem wykorzystany do opisywania innych rzeczy, nazw miejscowości, numerów telefonu, adresów mailowych… Otrzymuję nawet adres jego brata, mnicha, który żyje i mieszka w Sharyn Gol. Jadę tam już jutro… Polsz, pij!!! Nie! Krzyczę i nawet już nie staram się być miłym. Taka sobie scenka spod sklepu, w której chyba już nie chcę uczestniczyć. Towarzysze, zwłaszcza „nożownik” wpada w sidła monologu o nie wiadomo czym, a ja skrzętnie, pod pretekstem wysiusiania się znikam za torem kolejowym. Światło maluje przestrzeń najładniej, jak potrafi. Zerkam w dal i stwierdzam, że towarowego nie było już dawno. Zauważam też coś, co przypomina obiekt poruszający się po torze. Na pewno po torze? Co to u licha jest?

      Zdanie numer siedem załatwia całą sprawę. Cyk i jestem na pokładzie drezyny AGMu, wszystkie podkłady są już zrzucone i miejsca jest dla nowego gościa aż nadto. Czuję wiatr we włosach, smak złotego powietrza. Żałuję, że mój bagaż został w sklepie, bo mógłbym jechać drezyną do samej stacyjki Orkhontuul. Krótki epizod, ale pamiętam go wyraźnie. Od tych ludzi bije dziwne ciepło, wdzięczność. Odjeżdżają, a ja śledzę ich wzrokiem do końca, z uniesioną w górze ręką. Zbliża się czas także mojego odjazdu.

      Bagaż gotowy, chcę wyjść kiedy gospodarz przynosi mi półmisek z makaronem. W podziękowaniu składam ręce i kłaniam się. Mam jeszcze chwilę, nie jem w pośpiechu. Smakuje mi, bardzo. Szachowy kompan siedzi obok, jakby ze smutną miną. Może to z powodu mojego odjazdu? Moja wizyta była chyba dość niecodziennym wydarzeniem dla tej wioski i jej mieszkańców. Większość z nich idzie ze mną na malutki przytorowy peronik. Gdzie oni wszyscy jadą? Toż wioseczka opustoszeje. Jest motocyklista w okularze, niesie mój wózek. Podarka nie zauważam, możliwe że śpi smacznie na chmielowej poduszce. Wieczór jest ciepły i spokojny.

      Słyszę gagarinowy bas, jest jeszcze daleko. Co za uczucie! Ciekawe jak mają się moi psi towarzysze, których ten pociąg pewnie teraz mija. Ciekawe, jak mają się dzisiaj… Widzę i słyszę, mechanik zjeżdża nastawnikiem na dolne pozycje, skład za chwilę zatrzyma się obok. Nie mam biletu więc każdy wagon może być mój. Wsiadam. Bagaż szybko i sprawnie wskakuje za mną. I co? Tyle? A Wy? Nikt poza mną nie wsiada do pociągu. Nie wiem, jak mam się zachować. Zatrzymanie trwa krótką chwilę, która właśnie się kończy. Prowodnica wagonu ustępuje mi miejsca, bym mógł pożegnać wzrokiem tych wszystkich ludzi. Widzę kompana od szachów, przybijam mu piątkę na odległość. Bajartaj! – wołam. Do widzenia, dobrzy ludzie. Otóż to, do zobaczenia…

Darkhan niebezpieczny nocą

… nocą bywa tam niebezpiecznie, uważaj. Mówi mi młody chłopak, jadący ze mną pociągiem. W Darkhanie wysiądę koło 1 w nocy, więc niechybnie nie mam wyjścia. Mam nadzieję, że tej nocy nie będzie tam tak niebezpiecznie, jak bywa. Jedzie ze mną cała grupa młodych ludzi, którzy grają w karty, ich cel to miasto stołeczne. Obok inni, także zainteresowani niezwykle śmierdzącym i brudnym obywatelem dalekiego zachodu. Faktycznie wyglądam jak siedem nieszczęść, ale w środku jestem szczęśliwcem. I nie mąci tego nawet groźne proroctwo kolegi z wagonu. Wspominam to, co do tej pory się wydarzyło. Te 3 piękne dni, moich towarzyszy i dobrych ludzi, których spotkałem na swojej drodze.

      Wysiadam na niewielkiej stacji, na której, mimo późnej pory panuje niewielki ruch. Wszystkiemu winien pociąg, którym przyjechałem. Nie wiem, jaki kierunek obrać. Wszyscy dookoła wiedzą. Po chwili tych „wszystkich” już nie ma, a ja zauważam neon. Jest czerwony i składa się z liter O T E L. Ostatnia litera jest przechylona, ale i tak ma lepiej niż H, świeci. Czmych w stronę hotelu! To nie jakiś specjalny budynek, ale mieszkalny blok. Jest ich tu kilka, obskurne i takie jakby „niemongolskie”. Nie wiem, jak wyglądają te bez partykuły z przodu, ale tutejszy klimat nie podoba mi się. Zauważam grupkę rozrabiających podpitych jegomości, przed którymi chowam się w czeluściach hotelu. Dobrze, że otwarte. Recepcja, o ile mogę to tak nazwać jest pusta. Gra sobie telewizorek, w którym strzelają się. Stoi lodówka z magiczną Coca Colą, wiszą 2 plakaty i zdjęcie z rozkładem pokoi w hotelu. W całej instytucji jest ich 3. Tak, trzy. Drzwi do jednego to nawet widzę, są otwarte. A w pokoju leży sobie pani z ręką pod głową. Wszystko po to, by wygodniej było jej obserwować umorusanego przybysza. Uśmiecham się i odwracam wzrok na plakat. Patrzę, ale nie rejestruję obrazu. Zmęczenie jest już naprawdę nie do zniesienia, marzę o tym, by poleżeć jak ona. Czekam, 5, 10, 15 minut. Nikogo nie ma. Chcę wyjść i szukać czegoś innego, kiedy pani nagle wstaje i podchodzi do recepcji. Słucham pana…

      Nie rozumiem tego, co zaszło, ale kiedy próbuję nawiązać kontakt, ni stąd ni zowąd otwierają się drzwi i do środka wbiega chłopak, z którym rozmawiałem w pociągu. Mówi trochę po angielsku, jego pociąg jeszcze nie odjechał do Ułan Bator. Zaczyna rozmowę z recepcjonistką. Okazuje się, że dzięki niemu nie śpię za 30 000 ale za 20 000T. Stary, wielkie dzięki! Na koniec chłopak wyjmuje telefon, którym robi zdjęcie nam dwóm. Podaje dłoń i biegnie do pociągu. Chwile beznadziei przeplatają się z tymi pozytywnie zaskakującymi, cały urok podróżowania.

Pokój będzie gotowy za godzinę – mówi szanowna pani. No, a nie mówiłem? Przeplatają się…

      Myciu myciu, o chorej godzinie w chorym miejscu. Drzwi do łazienki są, ale bez zamka. Występuje tu też zjawisko ich samootwierania się. Takie są, trudno. Woda jest zimniusia i leci z czegoś, co kiedyś było prysznicem. Aktualnie część odpowiadająca za rozprysk wody leży w czarnym kącie i może służyć jako doskonałe narzędzie zbrodni. Myciu myciu… i spać!

      Była to jedna z niewielu nocy, w których mój naturalny budzik nie zadzwonił o 4 rano. Jest południe i prawdopodobnie zaraz skończy się hotelowa doba. Hotelowa doba? Pięknie to brzmi! Pach pach, słyszę łomot do drzwi. No i nie mówiłem? Zaraz zaraz, kwadrans i mnie nie ma. Wypiorę się w Sharyn Gol, o ile znajdę tam coś sensownego do spania. Pociąg odjeżdża o 16, jest czas. I jest radość z faktu, że w ogóle jedzie. Przygotowując się do podróży nie mogłem znaleźć jego rozkładu. Szykowałem się raczej na improwizowanie w stylu – jazda towarowym bądź bliżej nieokreślonym pojazdem drogowym. Nadzieję na powodzenie akcji wlali we mnie mechanicy spotkani na pustyni Gobi, czytelnik zapewne pamięta, że mieliśmy do tego wrócić. No więc już. Pociąg jedzie i nawet wiem, ile kosztuje bilecik. 64km pokonam w niecałe 2 godziny za równowartość 5 złotych. Opuszczam hotel i już jestem w budynku dworca. Widzę bar, widzę pachnący bar. Idę! Są dobrze mi znane mongolskie bodze, rodzaj pierogów z mięsem, które z reguły gotuje się na parze. Jest i choszor, duży pieróg z warzywno-mięsnym nadzieniem w środku. Ten dla odmiany jest smażony. Polecała mi je już w Polsce Pani Khishig. Biorę, zwyczajem ułanbatorskim. Jedzenie jest tanie i dobre, naprawdę dobre. Tutaj jednak znów moje nadzwyczaj wysokie smakowe doznania mogą być troszeczkę przekłamane, bo nie wiem, czy mając alternatywę w postaci kilkudziesięciu dań polskich wybrałbym te pierogi. Mięso w nich nie jest tak miękkie i soczyste. To raczej żylaste i często przypominające gumę mięsiwa, które smakują, bo są dobrze przyprawione. I nie jest to przypadek darkhański. Mongołowie po prostu tak jedzą.

      Czekam na otwarcie kasy, póki co nikogo tu nie ma. A nie, jednak ktoś niepewnym krokiem zmierza w kierunku wejścia. No nie może być! Heloł! Podnoszę rękę widząc nieskośnooką twarz. To odruch naturalny, który chyba nie występuje na kontynencie europejskim. Dosiada się do mnie młody człowiek z równie wielkim plecakiem jak mój. Wymieniamy ciosy na kaleczący uszy język pseudoangielski. Okazuje się, że towarzysz właśnie przyjechał z Rosji i chce zobaczyć świątynię w miejscowości Khutul. Khutul? Wczoraj w nocy tamtędy przejeżdżałem. Jeździ tam jeden pociąg na dobę, startuje w środku nocy… Trafił chłop na właściwą osobę, 2 minutki i już nie musi sprawdzać rozkładu jazdy.

      A skąd Ty właściwie jesteś, pytam. Cholera! My tu od dobrej już chwili mękolimy się po angielsku, a okazuje się, że mój kolega jest Czechem! On nie zauważył flag na mojej koszuli i także mocno się zdziwił. Tym sposobem z moich ust po długiej przerwie znów zabrzmiały polskie słowa, słowa które dla kogoś coś znaczą. Po sympatycznej rozmowie kolega z Czech ruszył na autobusowe poszukiwania, a ja spojrzałem na zegarek. Zbliża się godzina mojego wyjazdu.

      Okienko biletowe otwarte, podchodzę i wskazuję kartkę z relacją pociągu. Miałem takie na wszystkie trasy, które mnie interesowały. Poza nazwą miejscowości, do której jadę zawierały także klasę i cenę (ta bardziej dla mnie niż pań bileterek). Pan do Sharyn Gol? Widzę to pytanie w pani oczach, no cóż. Nie umiem tego wytłumaczyć. Mija chwila i wychodzę z bilecikiem. Niedługo ruszę w najważniejszą podróż tej podróży. Sharyn Gol, miejsce od którego wszystko się zaczęło…

Ajmak Selenge 

      Ajmak to ichniejsze województwo. Województwo Selenge to miejsce dla mnie szczególne. Było takim jeszcze przed podróżą. To właśnie zdjęcia stamtąd zawładnęły moją głową, jeszcze na długo długo przed wyjazdem. Nie dawały spokoju i pogrywały na mojej wrażliwej strunie. Sfera marzeń, do tej pory jako bliżej nieokreślona forma z biegiem czasu zaczynała przybierać konkretnych kształtów. Nabierała koloru, wydawała zapach. Teraz zobaczę to na własne oczy, dotknę. Jak to odbiorę? Uczucie niesamowite, właściwie jest to dla mnie taki mały lot w kosmos. Czy odnajdę to jedno szczególne miejsce? Jest czytelniku pewien obrazek, zdjęcie, dla którego tam pojechałem. Do Mongolii w ogóle. Zostało zrobione na trasie z Darkhanu do Sharyn Gol właśnie. Perspektywa odnalezienia tego miejsca ekscytuje mnie do reszty…

Autorem zdjęcia jest Albrecht Fabian. Kiedyś wymyśliłem sobie, że rozbiję tu namiot...

Autorem zdjęcia jest Albrecht Fabian. Kiedyś wymyśliłem sobie, że rozbiję tu namiot…

      Bagaż jest w wagonie, ja razem z nim. Do odjazdu chwila, ale coś każe mi wysiąść i spróbować. Wychodzę, idę w kierunku czerwonego gagarina, z którego wygląda starszy, sympatyczny mechanik. Bez żadnych ceregieli wyjmuję kartkę i wskazuję mu zdanie numer siedem. Uśmiecha się do mnie i już wie, co mam na myśli. Wsiądziesz na drugiej stacji – Darkhan2. Tu „naczelnik” mógłby na to krzywo spojrzeć. Odpowiedź mniej więcej w takim stylu otrzymałem. Żaden problem, stacyjki Darkhan 1 i 2 dzieli raptem 5 kilometrów. Po chwili są już za nami, a ja wsiadam do kabiny lokomotywy. Jedziemy do Sharyn Gol! W składzie 2 wagony osobowe i 8 węglarek – towos. Tak zwie się tego typu mieszaniec kolejowy.

      Pomocnik niemal całą drogę spędza w przedziale silnikowym, w sumie nie dziwię się, ten gagar dostaje tu naprawdę ostre cięgi. Ja siedzę sobie na jego miejscu i łapczywie zjadam wszystkie obrazy i dźwięki. Szukam tego kadru… Na 64kilometrowej trasie są 2 przystanki, korzystają z nich mieszkańcy 2 mikro wiosek, takich jak Iryndala. Mogą to zrobić w sumie 4 razy dziennie, bo do Sharyn Gol jeżdżą codziennie 2 towosy. Bacznie obserwuję otoczenie, wiem, że w najbliższych dniach będę tu grasował. Wybieram i rejestruję w pamięci miejsca, sprawdzam kilometraż. Ten dobiega końca, semafor wjazdowy końcowej stacji Sharyn Gol jest podany. Gdzie jest mój wymarzony kadr? Nie wiem, być może odnalazłbym go jadąc w drugą stronę, kiedy wszystko wygląda inaczej.  Zrobię to, idąc pieszo.

Sharyn Gol

      Wysiadam u podnóża potężnej odkrywkowej kopalni węgla. To serce miasta bijące nieprzerwanie od 1965 roku. Daje zatrudnienie zdecydowanej większości mieszkańców, a węgiel z niej pochodzący zasila elektrownie w takich miastach, jak Darkhan czy Erdenet (odpowiednio drugie i trzecie co do wielkości mongolskie aglomeracje). Niezły rozmach, którego jednak nie widać. Budynki przypominają nadgryzione zębem czasu relikty, których ściany wydają się krzyczeć – najlepsze czasy już dawno minęły. Czy tak jest?

      Osiedla mieszkalne są daleko od samej stacji. Do taniego hotelu prowadzi mnie dwóch młodych chłopców wracających ze szkoły. Jeden z nich przez całą drogę nie może opanować śmiechu, i to śmiechu nie na tle szyderczym, czy może po spożyciu czegoś tajemniczego. Chłopak jest wyraźnie zawstydzony. Uśmiecham się i ja, prowadząc dialomonolog w języku ojczystym 😉 A co.

      Bloki są szare, a ich podwórka przypominają te z ulicy Alternatywy. Są sklepiki spożywcze, malutkie żabki, tyle że w odcieniach szarości i o zdecydowanie uboższym asortymencie. Czuję się tu trochę, jak na polskim osiedlu, dzieciaki grają na boisku w piłkę. Rodziny debatują o czymś przy wejściach do klatek schodowych. Przerywają dyskusje, kiedy zauważają mnie i mój wózek. Osoby, które mijam na chodniku odwracają się za mną. Wszyscy. Czuję ich wzrok. Nie złowrogi. Mam świadomość tego, że jestem dla nich po prostu czymś nowym, zjawiskiem niespotykanym tu na co dzień.

      Docieram do bloku, w którym rzekomo znajduje się hotel. Faktycznie, jest szyld. Ta klatka? Wskazuję palcem i spoglądam pytająco na siedzących obok ludzi – dza dza, odpowiadają z uśmiechem. Wchodzę. Klatka schodowa jest idealnie brzydka. Można by tam kręcić sceny porachunków gangsterskich, ale samo mieszkanie jest przyjemne. Ładnie! Jest duże łóżko, nawet pralka i ciepła woda. Luksus, który do tego wszystkiego niedużo mnie kosztuje. Rewelacja.

      Jest niedziela, godzina 23. Kierowcy kopalnianych ciężarówek w większości mają dziś wolne, śpią w pokoju obok, popijając archi – mongolską wódkę. Zapraszają mnie na nią, ale jak przystało na prawdziwego dzikusa, dziękuję i odmawiam. Jutro wstaję na pierwszą zmianę 😉

      Bagaż został w mieszkaniu, a ja harcuję w najlepsze. Wystarczy przekroczyć grań wysokiego skalistego wzgórza, by całkowicie odgrodzić się od miastka. Znów są jurty, płynie strumień i pasą się dzikie konie. Dzikie. Jeden z nich zamierza się napić i podchodzi do rzeki, nad brzegiem której smacznie drzemię. Początkowo mnie nie widzi, ale kiedy zmieniam pozycję, on zauważa ruch, dostaje szału i ucieka w popłochu. Ja zrywam się na równe nogi nie wiedząc, co się dzieje. Takim oto sposobem ja przestraszyłem jego, a on mnie. I ja i on zupełnie niechcący. Bywa.

      Ze szczytu widzę więcej. Bokiem przechodzi burza, na pewno bokiem? Chyba nie ma sensu schodzić. Do następnego pociągu mam sporo czasu, ale już wiem, że złapię go właśnie w tym miejscu. Spokój i nieskończona przestrzeń sprawiają, że myślami wracam do tego, co już za mną. Ile to już dni tułaczki, pokonanych kilometrów, spotkanych ludzi. Jestem silny w środku. Dokonałem czegoś, co jeszcze nie tak dawno wydawało mi się niemożliwe. Wiem, że jestem już innym człowiekiem…

      Patrzę na odległe szczyty przykryte kolejną burzową chmurą. Ta chyba mnie nie ominie. Mija chwila i już wiem, że ucieczka pod nieodległy przepust kolejowy jest nieunikniona. Jeszcze kolejna minutka i już nie tyle schodzę, co zbiegam na dół. Matko, ale wali! Zatykam uszy, czego nie mogą zrobić stojące obok mnie koniki. Też się skryły. Moja obecność tam chyba niezbyt im się podoba. Wydają się przeprowadzać naradę, czy chować się przed deszczem, czy raczej przede mną. Przegłosowane, zostajemy! Zegarek pokazuje godzinę 17.30. Zaraz będzie tu pociąg. Zakładam moje wojskowe op1 i w jeszcze padającym deszczu po raz drugi wychodzę na moją górę.

      Do miasta wracam już w całkowitych ciemnościach. Gdzie skręcało się do mojego bloku? Chodzę i błądzę, by po długim czasie wreszcie znaleźć drogę do domu. Nie wspominałem o tym, że wstając rano zapomniałem zabrać ze sobą butelki z wodą? To nic w porównaniu do gobijskich doświadczeń, ale kiedy dopadam ją w końcu w moje ręce… Są to czytelniku drobnostki, tym drobniejsze, im wygodniejszy jest fotel, w którym siedzimy czytając to wszystko. Jednak to właśnie one hartują ducha. To one zebrane razem potrafią zniechęcić i odebrać radość z bycia gdziekolwiek indziej, niż dom. Choroba, fizyczne zmęczenie, problemy natury psychicznej, czy zwyczajnie głód lub pragnienie. Jeśli wiesz, że nie znajdziesz albo chociaż nie będziesz próbował znaleźć w sobie siły na pokonywanie trudności, zostań w domu.

Step moim prawdziwym domem

      Pociąg startuje o godzinie 8 rano. Mam jeszcze chwilę, by uzupełnić zapasy. Słońce już dość wysoko, ale życia w mieście nie ma. Wszyscy śpią, a ulice należą do psich sfor. Sklep jest jednak otwarty. Wita mnie babcia z chustką na głowie. Wnętrze pomieszczenia ma specyficzny klimat. Gdyby ktoś wniósł mnie tam śpiącego i zaraz obudził, nie powiedziałbym, że jestem w sklepie. Produkty w niezwykle skromnej ilości nie proszą o to, by się sprzedać. Są poskładane w dziwne kupki, ale coś w rodzaju kasy widzę. Jest chleb, biorę. Są rybki w puszcze, biorę. Jest woda, 10 litrów proszę. Snickersów nie ma, ale przezornie obkupiłem się w nie już wczoraj w innym „markecie”. Chcę wychodzić, kiedy kobieta woła mnie. Starszy pan, chyba jej mąż wychodzi z innych drzwi i wskazuje mi ławeczkę. Niesie tacę z kromkami chleba i kubkiem gorącego caju. Jest też cukier i masło. Cukru chyba jeszcze w Mongolii nie jadłem. Suutej caj – mówią do mnie pani i pan. Zajadam chleb z masłem i cukrem, popijając cajem. Przypomina to trochę nasze polskie przedszkolne śniadanie i choć nie smakuje mi za bardzo, jestem przeszczęśliwy. Siedzę i jem, gospodarze uśmiechają się w ciszy. Do sklepu wpadają żółte słoneczne promienie, tylko od czasu do czasu jakiś młody chłop wejdzie, by kupić wódkę. Koniec nocnej zmiany… Pociąg! Mój pociąg startuje za pół godziny. Bajarlala dobrzy ludzie!

      Wsiadam do jedynego wagonu osobowego, choć szczerze mówiąc wolałbym podróż w jednej z sześciu ładownych węglarek. Pani bileterka podchodzi do mnie z przekonaniem, że wracam do Darkhanu. Nic podobnego, kilometr 42 – mówię. Tak nazywa się przystanek, na którym chcę wysiąść. Nie wypisuje biletu, uśmiecha się i odchodzi w siną dal wagonowego korytarzyka. Step moim prawdziwym domem, znów czuję, że żyję.

      Upał. Na niebie ani chmurki, grube 30 stopni leje się na mnie bezlitośnie. Górskie szczyty złagodniały, by znów dać pole do popisu zielonym otchłaniom. Mój pociąg znika za niewielkim wzgórzem, ale wciąż bardzo dobrze go słyszę. Znad stepowych traw unosi się potężny słup dymu. Gagarin walczy z podjazdem. Gigantycznym podjazdem! To właśnie to miejsce sprawia, że lokomotywa w drogę powrotną nie zabiera więcej niż 7 wagonów. Planując moją podróż bardzo intrygował mnie fakt, że nitka kolejowego toru zdobi tam mapę niczym ślaczek pierwszoklasisty. Teraz już rozumiem dlaczego. Idę czym prędzej, chcąc jak najszybciej zdobyć to wzgórze. Po długim i męczącym marszu, połączonym ze wspinaczką osiągam w końcu mój upragniony punkt widokowy. Przypominam sobie to miejsce, widziane z perspektywy gagarinowej kabiny. Czuję też coś dziwnego, jak gdybym już znał ten widok. Spoglądam na zegarek. Do następnego pociągu mam 8 godzin. I co? I czekam. Kładę się do drzemki, to gotuję makaron. To znów krótka drzemka, a Słońce praży niezmiennie. Zdejmuję z siebie parę materiałowych warstw, tylko na chwilkę, na małą godzinkę, nieświadomy tego, jak duży błąd popełniam. Już tego wieczora będę wychwalał w niebogłosy moją Magduszkę i jej myśl, dzięki której zabrałem ze sobą alantan na oparzenia.

      Tato i syn w tradycyjnych Delach mkną niczym 2 stepowe strzały. Dźwięk kopyt dobiega mnie w ostatniej chwili. Piękny widowiskowy galop, żałuję, że aparat leży schowany w torbie. Widzą mnie, podnoszą rękę i znikają w zagłębieniu terenu. Mogą jechać w dowolnym kierunku, esencja wolności. Zbieram bagaż i szukam wzrokiem punktu, z którego wykonam zdjęcie. Przechodzę kilkaset metrów by nagle stanąć jak wryty. Chwila jest dla mnie bardzo ważna, bo oto moim oczom ukazuje się TEN kadr…

      Czytelnik go poznaje, prawda? Nie rozumiem, jakim cudem spędzam tu niemal cały dzień i o tym nie wiem. Z tamtej perspektywy wyglądało to jednak całkowicie inaczej. Teraz stoję i nie wierzę. Na własne oczy widzę coś, co dotąd występowało tylko w moich marzeniach. Pierwszy raz z taką siłą czuję smak ich spełnienia. Nie chodzi tu o pociąg, ani o samo piękno krajobrazu, których przecież już tyle zdążyłem wchłonąć moim wzrokiem. To ten moment, w którym człowiek wie, że tego dokonał. Jestem, tu i teraz, a przede mną te same jurty, kolejowy łuk, kształt gór na horyzoncie, słup w kształcie litery A… „Kiedyś rozbiję tu namiot”. Kiedyś, to dziś…

      Niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia. Przynajmniej takiemu, jak ja. I choć namiot rozkładam na przeciwległym wzgórzu, to wciąż czuję niesamowitą frajdę. Komary tną tu jak opętane i pierwszy raz używam demobilowej moskitiery. Ogniska nie będzie, nie ma drewna. Siadam i patrzę w dal. Pociąg, jeśli jeszcze pojedzie, to jeden i to raczej w środku nocy. Zmierzcha już, kiedy za plecami zaczyna rozbrzmiewać dźwięk jadącego motoru. Mam świadomość tego, że na pewno zostałem zauważony. Ktoś jednak fatyguje się na samą górę, by zaspokoić swoją ciekawość. Klasyczna scena – gaszenie silnika, zapadająca cisza i obserwacja tajemniczego przybysza, z góry na dół, z dołu na górę. Kartka, zdanie nr 7. Przyswojenie informacji, aprobata wyrażona kiwnięciem głowy i nieśmiałym uśmiechem. Jutro rano ruszam w kierunku kilometra 27, czyli drugiego przystanku. Wszystko gra. Motocyklista zapala maszynę i znika.

      Budzę się. Która godzina? Kilka chwil po północy. Jedzie. Słyszę jeszcze bardzo daleki pomruk silnika mojego gagarina. W namiocie jest duszno, śpię bez śpiwora. Wszystko przez opaleniznę, która teraz wydaje się jarzyć niczym rozżarzone węgle. Wychodzę. To co ukazuje się moim oczom zostanie już w głowie na zawsze. Nie tyle sam obraz, co cała scena. Znad wzgórza wschodzi olbrzymia pomarańczowa księżycowa kula. Za mną, daleko na horyzoncie tańczą pojedyncze błyskawice. Dzieli je chłód nocnej przestrzeni, którą w tle wypełnia cykanie świerszczy. Zbliża się. Chwilo trwaj wiecznie! Dreszcz dotyka mojej skóry, kiedy zza wzniesienia wyłania się czerwony bohater…

      Punkt zwrotny? Składam namiot i mam wrażenie, że wszystko co od tej pory będzie mi towarzyszyć lub czego będę świadkiem będzie w pewnym sensie elementem drogi powrotnej. Nie pojadę już nigdzie dalej, wyżej. Głowa nagle zaczyna się posługiwać inną miarą czasu. Nie tą, ile za mną, ale ile jeszcze przede mną. Dziś wieczorem wracam na magistralę, by jutro wyruszyć na ostatni etap. Po nim już tylko jazda do Chin i lot. Ponoć prawdziwy podróżnik nigdy nie myśli o powrocie. W takim razie nim nie jestem.

      Hej hej! Krzyczą do mnie ludzie w pomarańczowych kamizelkach. Niewątpliwie ożywiają to zielone pustkowie. Znajduję się jednak w dużej odległości od toru i nie mam siły na to, by ruszyć pod strome wzniesienie, w ich kierunku. Bezradnie rozkładam ręce. Naprawdę jestem wyczerpany. I co? Nie Mahomet do góry, to góra do Mahometa. Grupa pracowników torowych zmierza w moją stronę. Każdy z nich chce zajrzeć w kartkę. Mapa kolei mongolskich, patrzą z uznaniem, raz na nią, raz na mnie. Wyliczam z pamięci miejsca, w których już byłem. Jednym ciągiem, jak gdybym nauczył się tego w szkole na odpytywanie przy tablicy. Oni słuchają i kręcą głowami. Idę w kilometr 27 – mówię. Przytakują z uśmiechem i kierują wzrok w stronę tego właśnie przystanku. Bajartaj! Do zobaczenia? Tak odbieram ich gestykulację i to, co mówią. Upływa kilka minut i tracę ich z oczu. 15km marszu z tym bagażem to nie jakieś szczególne wyzwanie. Pod warunkiem, że dobrze się śpi, je pożywne obiadki i nie przemęcza fizycznie z dnia na dzień. Ja takiego zdecydowanie nie spełniałem.

Zdjęcie „Windows” pstrykam na migającej już pojedynczej kresce baterii – nie tej w aparacie.

Zdjęcie „Windows” pstrykam na migającej już pojedynczej kresce baterii – nie tej w aparacie.

      Widzę wioskę, majaczy wciąż jeszcze daleko. Na szczęście prowadzi do niej utwardzona droga gruntowa. Mój pociąg będzie tu jakoś przed 21, zdążę. Człapię ledwo powłóczywszy nogami. Nie szukam kontaktu z mieszkańcami. Docieram do przystanku, oznaczonego resztką krzywo wbitej przyrdzewiałej tablicy. Padam na ziemię. Budzę się i widzę głowę na tle błękitnego nieba. Patrzy na mnie. Uśmiecha się? Oczywiście. Wstaję i patrzę na zegarek, 20.00. Jegomość zaglądacz to nie kto inny jak pracownik, którego dziś rano spotkałem po drodze. Daje mi wodę, reklamóweczkę z aaruulami i coś, co przypomina lody w kubku. To są lody! Nie wiem co powiedzieć. Zajadam łapczywie otrzymane podarki. Jakie to dobre! Temu człowiekowi dobrej woli towarzyszą jeszcze dwie inne osoby, wśród nich mały chłopiec, który także zajada loda. Chcę się zrewanżować i dać mojemu darczyńcy sakwę na wodę. On jej nie przyjmuje, nie chce. W Mongolii to tak nie działa – mówi. Cieszy się z tego, że może mi pomóc. Po prostu. Jest w tym wszystkim autentyczny. To się czuje od razu. Wskazuję na okolicę, po czym przykładam dłoń do serca. To jest piękne. Natura, niczym niezmącona przyroda. Nie Ułan Bator, nie Darkhan, ale właśnie step – to co kocham. Rozmówca doskonale rozumie to, co do niego mówię. Moje rozmówki przechodzą z rąk do rąk i za chwilę dowiaduję się, że kiedyś w mieście mieszkał, ale już nigdy do niego nie wróci. Ten człowiek ulepiony jest z tej samej gliny co ja – myślę. W oddali słyszę już potężny bas pracującego silnika. Mój pociąg wspina się pod znaną mi już górę. Żegnam towarzyszy, którzy jak się okazuje nigdzie nie jadą. Wracam do „otelu” w brzydkim Darkhanie, z którego jutro wieczorem wyruszę w drogę powrotną. Nie zupełnie ostatnią…

Powtórka z rozrywki

      30 000T? Ej, ostatnio spałem za dwadzieścia! … Dobra, chociaż 25 000T. No! Co za ludzie. Ten hotel to moja zmora. W namiocie nikt nie zrzędzi i przede wszystkim to ja decyduję, co jest grane. Proszę poczekać, pokój będzie gotowy za godzinę. Wiem wiem. Wieeem! Myciu myciu… ciśnienie wody w pseudoprysznicu nadal „zdumiewające”, a rozpraszaczem wody nadal nikt nikogo nie zamordował – końcówka leży w czarnym kącie. Zaraz po przebudzeniu opuszczasz ten lokal, zrozumiano? Avec plaisir, monsieur.

Góry

      Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że aby dostać się w miejsce, na którym mi zależy muszę skorzystać z dwóch pociągów. Wiedziałem o tym już przy planowaniu podróży i przedsięwziąłem pewne środki. Z Darkhanu ruszam pociągiem nocnym, w którym spać mogę w sumie jakieś 5 godzin, nieźle. Wysiadam o 3 rano na stacji o sympatycznej nazwie Tunkh, po czym po upływie pewnego czasu wsiadam w drugi, „bardziej lokalny” pociąg, by wysiąść o jedną stacyjkę dalej, o kolejnej sympatycznej nazwie Shatanga. Proste. Shatanga i jej okolice to najbardziej klimatogórskie odcinki kolejowe w całej Mongolii. Znam je z pięknych zdjęć skrupulatnie odnajdowanych w sieci. Przejeżdżałem już tamtędy w drodze na północ, do mongolskiej Syberii, tyle że po ciemku. Kiedy opuszczam pociąg na stacyjce Tunkh, też nic nie widać. Siadam na ławeczce i czekam na światło. Zostawię tu bagaż i pójdę na zdjęcia. Następny pociąg jest około godziny 13.

      Pukam do drzwiczek budynku dyżurnego ruchu. Próbuję tam wejść ale są zamknięte. W ręce trzymam już przygotowane rozmówki. Zza drzwi w końcu ktoś się do mnie odzywa. Mówi coś, czego nie rozumiem, ale wiem, że to kobieta i że o coś pyta. Chcę pokazać rozmówki, flagę na ramieniu, w ogóle pokazać się. Ale kobieta wciąż o coś pyta. Bi Polsz hun, turist – mówię. Nie przeszkadza to jednak kobiecie w tym, aby zadała mi kolejne pytanie. Dochodzę do wniosku, że bardzo ciężko jest się porozumieć przez zamknięte drzwi. Moja kurtuazja i życzliwy wyraz twarzy napotykają pomalowane deski i klamkę. Odwrót. Pójdę z bagażem. Kiedy znów jestem przy samym torze kolejowym, drzwi otwierają się. Wychyla się głowa niskiej kobiety. W taki sposób, jak gdyby czekała na ręcznik po kąpieli. Sajnbajnu! Mówię. Kurtuazja i życzliwy uśmiech wracają na stanowisko. Zostawiam bagaż i idę w prawo. Dlaczego nie w lewo? A tak jakoś…

      Leżę i słyszę, jak by się świat walił. Nie wstaję na równe nogi, tylko słucham. To nie pociąg. W końcu wyłaniają się. Całe stado koni w pełnym galopie pędzi po stepie. O cholera! Są już tak blisko, że moja ucieczka raczej nic nie da. Koń, mądre zwierzę. Ufam im i nie ruszam się z miejsca. Konie tratują ziemię w odległości kilku metrów ode mnie. Co za widok! Za nimi wszystkimi jedzie jeden osiodłany rumak. Dosiada go młody człowiek, który zauważa mnie w ostatniej chwili. Nie zatrzymuje się, nawet nie zwalnia. Podnosi rękę i kontynuuje pogoń, od czasu do czasu odwracając się do mnie. Macham i ja z zadowoloną miną. Wracam. Od stacyjki odszedłem na jakieś 2 godziny drogi, a czas przyjazdu drugiego pociągu zbliża się. Zbliża się też spotkany wcześniej Mongoł. Zsiada z konia i wita się ze mną. Ma pewno tyle lat co ja. Wskazuje na jurtę, którą widzę w oddali. Właściwie to jest niemal po drodze, ale z czasem u mnie nie jest za wesoło. Dziękuję pięknie i tłumaczę, o co chodzi. Towarzysz rozumie, ale nie rozumie. Uśmiecha się i zaprasza do swojego ger. Poizd, poizd. Za niewiele ponad godzinę. To daleko… Nie dam rady. Mongoł wskazuje na konia. Chce mi dać konia! Koń wróci sam, zna drogę – mówi. Nie wiem, jak mam się w tym wszystkim zachować. Sytuacja jest tak samo miła, jak kłopotliwa. Bardzo dziękuję i kłaniam się najniżej, jak umiem. Muszę iść. Jadę do Shatangi. Miły człowiek w końcu wykazuje zrozumienie, choć widzę, że gdybym tylko zwątpił na krok, znów przeszedłby do natarcia. Przypomina mi się teraz zwyczaj, wedle którego nie powinno się omijać obojętnie zamieszkanej jurty, bo ponoć to obraza dla jej mieszkańców. W dotychczasowych bojach zdążyłem to prawidło głęboko w kieszeń schować, kiedy nagle okazuje się, że coś w tym jest. Mój towarzysz nie okazał mi co prawda przykrości z faktu, że nie skorzystałem z jego zaproszenia, ale gdyby nie pociąg… Szkoda, myślę sobie. Może akurat wydarzyło by się coś ciekawego. Idę szybkim krokiem. Idę, a ten skubaniec jedzie znów za mną. Galopem. W ręce trzyma małą reklamóweczkę. To aaruule i butelka z czymś, co znam tylko z książek. Airag. Sfermentowane kobyle mleko, zawiera niewielki procent alkoholu. Człowieku, jesteś wielki! Daje mi podark i odjeżdża z uśmiechem. Gdybym miał przy sobie bagaż, na pewno bym się czymś zrewanżował. Kłaniam się do samej ziemi. Bajarlala!!! Odwracam się co chwilę i macham w podzięce, jeździec znika za wzgórzem i już więcej go nie zobaczę.

      Zbliżam się do stacyjki, na której kilkanaście osób już czeka na pociąg. I żebyś czytelniku widział ich miny, kiedy bez żadnego bagażu, jak swojak, z aaruulem w buzi, popijając airag wchodzę bez pardonu do budki dróżnika. Czułem się jak Clint Eastwood na dzikim zachodzie, wjeżdżający na swoim koniu do kolejnej wioski…

To już?

      Shatanga to domki rozsypane pomiędzy ogromnymi szczytami gór. Krótka trasa, którą pokonałem pociągiem zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. W okolicznych osadach widywałem figurki niedźwiedzi i wilków. Patrząc na te tereny myślę sobie, że to doskonałe dla nich warunki. Nie dla figurek, ale już tych prawdziwych zwierzów. I widzisz, dobrze że nie oddałeś wtedy noża panu „podark”. Nie bądź śmieszny, środku! Lepiej, żebym nie musiał go używać w takich okolicznościach. Nadal nie wyobrażam sobie takiej konfrontacji. Pamiętam tylko słowa Eby, spotkanego w pociągu jeszcze na Gobi. Tam gdzie dzikie konie, możesz się czuć bezpiecznie. Utkwiło mi to w pamięci i teraz zdecydowanie będę się starał do tego zastosować w praktyce.

      Pada deszcz. Nie jest to opad chwilowy, zanosi się na szarówkę. Stwierdzam jednak, że pogoda i tak była dla mnie łaskawa. Była? Łapię się na tym, że o całej mojej podróży już mówię w czasie przeszłym. I nie jest to duży błąd. Dziś ostatni raz śpię w namiocie, jutro wracam do cywilizacji, a za 3 dni będę już w Chinach. Nie goliłem się już niemal półtora miesiąca. Wąsy przeszkadzają mi w piciu z butelki, dziwne uczucie. Tym bardziej, że dotąd w swojej męskiej karierze ich nie nosiłem. Skóra schodzi ze mnie całymi płatami. Efekt sharyngolowej opalanki. Ruszam przed siebie, deszcz wciąż pada, choć na horyzoncie zauważam światełko w tunelu. Może przejdzie…

      Czuję się tu niepewnie, znów wytężam zmysły. Nie ma nikogo. Lasy wydają się kryć w sobie coś tajemniczego. Ze spleśniałego chleba zrobiłem suchary, które z wielką ochotą zjadłem, susząc w tym czasie inne przemoczone rzeczy. Idę w miejsce strategiczne. Z jednej strony odgradzam się kolejowym torem, z drugiej płynącą rzeką. Góry niosą dźwięki pracujących silników już na długo przed przyjazdem pociągu. W tej melodii rozpalam następne ognisko. Siadam przy nim już niemal o zmroku, dzikie konie są obok. Chciałbym z kimś porozmawiać. O tym, że to się już kończy. Chciałbym opowiedzieć o najlepszych przeżyciach i o tym, czego się bałem. Dopijam resztkę airagu. Lekko kwaśny, przyjemnie gryzie gardło. Przyjmuję pozycję horyzontalną i wsłuchuję się w odległe echo amerykańskiej syreny lokomotywy Evolution. Odpływam nie wiedząc kiedy.

      Wszystko dokładnie suszę. Namiot składam ostatni raz. Menażka, palenisko, śpiwór, karimata, wszystkich tych rzeczy używam ostatni raz. Jadę dziś do Ułan Bator. Koniec tułaczki. A tam zaraz koniec, do pociągu jeszcze kilka godzin. Postanawiam wsiadać do niego na stacji, na której wysiadałem wczoraj. Mam bliżej, poza tym okolica jest przeze mnie jeszcze niezbyt dokładnie zbadana. I coś z tym trzeba zrobić…

 

      Bagaż został na dole, a ja, posługując się nomenklaturą babciową dostaję wściku. Żaden szczyt się nie uchowa. Świadomość tego, że zostało mi już tylko kilka godzin robi swoje i działa jak sok z gumijagód. Zerkam w zapiski. Mój pociąg odjeżdża ze stacyjki Shatanga dokładnie o 13.20. Jest 11.30 i mam co najmniej godzinę drogi z całym majdanem przed sobą. O 12 schodzę! To będzie zakończenie idealne. Kadr aż prosi się o zdjęcie i … pociąg, który jak na złość nie chce przyjechać.

      11.45 – jedzie! Tyle że nie z tego kierunku. Robię zdjęcie, wciąż jednak mając nadzieję na to, że może się uda. Jestem chory. To nie żart. Mam 2 karty zdjęć z całej podróży, ale dziwna siła nie pozwala mi zejść na dół. Hejnał krakowski gra. Dokładnie rzecz ujmując zagra za 6 godzin, bo taka jest różnica w czasie pomiędzy Polską i Mongolią. Powinienem schodzić. Dlaczego tego nie robię? To nie jest śmieszne, bo spóźniając się na ten pociąg plan całego powrotu zawiśnie na cienkim włosku. Wszystkiemu winna dokładna data i godzina odlotu z Pekinu. Nikt tam na Ciebie nie poczeka, schodź! 12.15 – idę. Wiem, że wygrałem mecz, ale czuję jakiś parszywy niedosyt. No jak nic choroba psychiczna. Idź człowieku i daj sobie już spokój.

      Czytelnik zorientowany w tematyce kolejowej będzie wiedział, czym jest tarcza ostrzegawcza semafora wjazdowego. Temu niezorientowanemu już spieszę z wyjaśnieniem, że jeśli świeci na zielono, oznacza przejazd pociągu bez zatrzymania przez stację, do której się odnosi. I co ja widzę na dole? Tarczę ostrzegawczą semafora wjazdowego stacji Shatanga, tarczę, która świeci na zielono! To nie jest sygnał dla mojego pociągu, który przecież musi się tam zatrzymać. Jedzie towarnyj, ten na który tak czekałem. Hmm…Seweryn nieee…

12.25, jestem na górze. Nie wiem, co będzie dalej. Czekam na pociąg. Nie myliłem się!

      Godzina 12.40. Już nie schodzę, a zbiegam na dół. I co, teraz mecz jest wygrany? Chwytam wózek, zakładam plecak i biegnę w stronę stacji. Nie wiem, czy mogę to nazwać biegiem. Nawet jeśli w pierwszych kilku minutach mój ruch przypomina bieg, to po upływie kwadransa dosłownie wymiękam. Zadyszka zjada moje płuca. Jest parę minut przed 13, a ja nawet jeszcze nie widzę wioski. Do pokonania solidne wzniesienie. Łapię oddech, tak jak robią to lekkoatleci zaraz po biegu. Dosłownie kątem oka, przypadkowo zauważam rzecz, która na pewno jest majakiem. To nie może być prawda! Za mną jedzie traktor! Nie, on nie jedzie. Biegnij człowieku, bo przez 2 dni nie spotkałeś tu żywej duszy. Przecieram oczy, holender. Jedzie! Przed traktorkiem z mini przyczepką biegną dwa psy. Jeden z nich trzyma w pysku upolowanego susełka. Kierujący pojazdem to starszy chłop z brodą. Shatanga? Dza dza! Mogę? Siadaj pan! Czytelniku wierzysz w to? Wsiadam na przyczepkę i po 15 minutach jestem na stacji. Turbulencje w czasie jazdy sprawiły, że prezent dla traktorzysty mogłem odnaleźć dopiero po wysiadce. W ręce dostało mi się jakieś 100m żyłki, jeszcze nawiniętej na kółeczko, jak ze sklepu. Do tego dorzucam wszystkie haki na ryby, jakie mi zostały. Jegomość cieszy się niezmiernie, ale chyba i tak daleko mu do tego, co czuję ja. I mam w nosie całkowity defekt wózka, który ujawnia się dopiero teraz. Dwa kółka odpadają od aluminiowej konstrukcji. Mają wyczucie. Wchodzę na teren stacyjki i mam jeszcze czas na ostatniego snickersa. Czy ja ten mecz wygrałem? To mało powiedziane…

Tak, już.

      Chcę wszystkim dookoła opowiadać, co widziałem, gdzie byłem. Mimo olbrzymiego zmęczenia. W moim przedziale jedzie Mongoł, starszy już mężczyzna, z którym nawiązuję spontaniczny kontakt. Okazuje się, że świetnie włada językiem angielskim. Ba, zna też rosyjski i japoński. Mówię mu, cały czas mówię. Słowotok, który na bieżąco tłumaczony jest pozostałym podróżującym w przedziale ludziom. Misja została wykonana.

      W Ułan Bator hotelowy Buźka znów się do mnie uśmiechnie. Z pociągu do granicy z Chinami zobaczę raz jeszcze wszystkie miejsca. Czytelnik pamięta? … jurtę w której spałem, miejsca po namiocie, kryzysowe wzgórze, sklep, budynek dyżurnego ruchu, który przygarnął mnie na noc ratując przed burzą…będzie to coś niezwykłego i wzruszającego. Ale ludzie z przedziału chyba nie zrozumieją mojego jakby tęsknego uśmiechu do wagonowej szyby.

Mongolia pożegna mnie, tak jak mnie przywitała. Nocną burzą, tyle że obserwowaną z dużo bezpieczniejszej perspektywy. Znów wjadę do Chin i… No właśnie, zajrzyjcie do książki „Szum stepu i pustyni”.

“Marzenia mają wszyscy. Normalni i idioci. Dobrzy i niedobrzy. Bogaci i biedni. Marzenia są bardziej lub mniej realne. Marzenie w czystej formie jest naturalnym tworem przyrody. Bryłą, której dzięki konsekwencji, silnej woli i pracy potrafimy nadać pożądany kształt. Tylko wtedy marzenie jest już celem, do którego prowadzi plan realizacji. Zazwyczaj jednak spychamy nasze marzenia na margines codzienności. Drzemią sobie w lamusach umysłów i bywa, że prześpią całe życie nieniepokojone. Wtedy, przy końcu drogi, można powiedzieć: kiedyś wykluło mi się marzenie, ale chyba kiepsko je karmiłem – nigdy nie wzbiło się do lotu; cały swój byt przesiedziało na gałęzi żywota i zdechło ze starości…” (Radek Biczak)